RSS
wtorek, 03 listopada 2009
I ZNÓW LOTNISKO.

Zaledwie dwa i pół miesiąca temu przylatywałam do Indonezji. Pełna przeróżnych obaw i nadziei. Zastanawiałam się jak będzie. Czy mi się tu spodoba? Jakich poznam ludzi? Czy odnajdę się w nowym miejscu w nowej roli? Wszystkie pytanie chodziły po głowie. Ale po wylądowaniu, na lotnisku w Jakarcie moją pierwszą obawą było, czy na mnie ktoś w ogóle czeka! W zasadzie nic dokładnie nie wiedziałam, jak to będzie wyglądać, prócz informacji, że ambasada w Polsce miała poinformować ludzi z programu stypendium DARMASISWA o moim przylocie. Podobno mięli przyjeżdżać po wszystkich studentów niezależnie czy przylatują w grupie czy osobno. Ja leciałam sama. Grupa Polaków, którą poznałam w Polsce przed wyjazdem miała bilety na dzień następny. Leciałam sama i trudno mi było sobie wyobrazić, że po jedną osobą będą specjalnie wychodzić na lotnisko. A jednak. Miła niespodzianka. Czekali na mnie i jak się okazało, również czekali na inne osoby, które leciały ze mną tym samym samolotem. W sumie 6 osób. Poznałam od razu na lotnisku dziewczynę z Rumunii, trzy osoby z Wielkiej Brytanii, dziewczynę ze Słowacji i jednego chłopaka z Madagaskaru.

 

Po dwóch i pół miesiącach znów znalazłam się na lotnisku w Jakarcie w zupełnie innych okolicznościach. Właśnie przyleciała moja siostra z chłopakiem. Na ten dzień czekałam długo. Specjalnie wyjechałam wcześniej, by się nie spóźnić. Bo korki, bo muszę znaleźć właściwy terminal, bo mnóstwo rzeczy się może zdarzyć po drodze. Wyjechałam z Bogor 2,5 godziny przed ich przylotem dowiadując się wcześniej, że podróż autobusem zajmie ok. 2 godzin, biorąc pod uwagę korki, które w Jakarcie się permanentne. Okazało się, że korków nie było i już po godzinie znalazłam się na lotnisku, co dało mi w sumie dwie godziny wyczekiwania. Ale wreszcie się doczekałam. Przylecieli cali i zdrowi. Adrian miał tylko małą potrzebę fizjologiczną, co prawie nie doprowadziło do tego, że o mało nie zostawiłyśmy go na lotnisku, ale po kolei.   

 

Kiedy czekałam na nich na lotniku, zabrało mi około pół godziny znalezienie odpowiedniej bramki, z której mięli wychodzić. Lotnisko w Jakarcie jest naprawdę ogromne. Wiedziałam tylko, że lądują na drugim terminalu. Nie oznaczało to jeszcze, że ich znalazłam. Musiałam znaleźć przyloty, a potem jeszcze odnaleźć strefę D, gdzie zgodnie z informacją na tablicy mięli wylądować.

 

Podczas czekania, a miałam dużo czasu, próbowałam sobie przypomnieć, jak to było, jak ja lądowałam i ile pamiętam. Okazało się, że nie pamiętam za dużo. Byłam trochę oszołomiona. Ponad 45 min czekałam na bagaż w myślach wyobrażając sobie, jak poradzę sobie bez rzeczy i ile czasu zajmie odnalezienie mojej walizki, jeśli się zgubiła. Oddałam ją w Londynie, a podczas lądowania w Dubaju i przesiadki mogło się przecież sporo zdarzyć. Mogła np. zostać w Dubaju pomylona z innym bagażem. Na szczęście nie było tak źle. Potem jeszcze zastanawianie się czy ktoś tam na mnie po drugiej stornie czeka i co ja zrobię, jak nikogo nie znajdę. Nie, że jestem taką pesymistą, ale wszystko w podróży szło mi bardzo pomyślnie dotychczas. Podczas tych prawie 30 godzin po opuszczenie polskiej ziemi nie miałam większych problemów z przesiadaniem się do kolejnych samolotów, autobusów, drzemkach kilkugodzinnych na lotniskach w oczekiwaniu na kolejny lot itd. Dlatego spodziewałam się, że wreszcie coś się musi zdarzyć np. zgubią mi bagaż lub zostawią na lotnisku. Oczywiście miałam plan B na zaistniałe okoliczności, ale nie był potrzebny. Wszystko poszło perfekcyjnie gładko.

 

A teraz stojąc na lotnisku, wspominając tamte chwile i myśli, które kłębiły mi się w głowie związane z pobytem i jak tu będzie, zastanawiałam się jak będzie po przylocie mojej rodziny. Czy im się spodoba? Czy będą zadowoleni? Czy to będą ich wymarzone wakacje? No cóż, moja część była taka aby tak właśnie to wyglądało. I kiedy wreszcie wylądowali i ich odebrałam, ruszyliśmy w stronę autobusu. Wtedy Adrian powiedział, że musi za potrzebą i że to pilnie. Kiedy kupowałam bilety spytałam grzecznie pani w okienku ile mamy czasu do odjazdu. Odpowiedziała, że mamy ok. 20 minut. Wtedy powiedziałam do Adriana, że mamy chwilę i niech leci. No cóż, droga do Bogor z lotniska była trudna do określenia, tym bardziej, że godzina wskazywała, iż korki mogą być potężne. I w sumie nie wiem ile będziemy jechać 2,3, a może nawet 4 godziny.

 

Kiedy Adrian udał się do toalety, ja z siostrą zapakowałam bagaże do autobusu i zajęłyśmy miejsca. Wtedy stało się coś czego nie przewidziałam. Autobus ruszył. Iza trochę spanikowała, że ruszamy, ale ja zażartowałam pytając, czy ona chciała zabrać Adriana, bo ja myślałam, że nie jest on już nam potrzebny. Jednak szybko uśmiech zniknął mi z twarzy, kiedy zorientowałam się, że naprawdę ruszyliśmy. Najpierw myślałam, że tylko zmieniamy miejsce i kiedy poleciałam do kierowcy, a on potwierdził, że ruszyliśmy, to w panice, zaczęłam mówić, że stop, że kiri (po indonezyjsku tak się mówi, kiedy się chce wysiąść), że człowiek tam został i że w ogóle STOP. Na początku kierowca nie planował się zatrzymać, a ja już myślałam że będę zmuszona go pobić. Bardzo niezadowolony zatrzymał się wreszcie, kiedy zdążyliśmy już przejechać kilkadziesiąt metrów. Na szczęście Adrian już pozałatwiał swoje potrzeby i szybko wróciliśmy do autobusu.

 

No cóż, przewidziałam wiele rzeczy: że mogą być korki, dlatego muszę być wcześniej, by znaleźć właściwą bramkę, by ich odebrać, by odnaleźć właściwy autobus, który zawiezie nas do Bogor, ale że zostawię jedną z dwóch osób, po którą przyjechałam, nie wzięłam pod uwagę wcale. Nie powiem, podczas swej pięcioletniej pracy jako przewodnik mając średnio tygodniowo 30-40 osób w grupie, nigdy nie zdarzyło mi się zostawić, chociażby jednej osoby.

 

Kiedy jechałam po siostrę na lotnisko miałam małe dejavu. Wszystko kojarzyło mi się to z odbieraniem turystów z lotniska i potem zajmowanie się nimi. Sprawdzanie czy wszystkie bagaże są z nami, czy nic nie zostawili, czy wszystko mają i później oczywiście zaczynaliśmy zwiedzanie. Tu sytuacja zupełnie podobna. Kiedy ruszyliśmy zaczęły się typowe pytania, a ile będziemy jechać? Jaki jest dziś program? Która jest teraz godzina? Kiedy coś zjemy? A co to za dziwna budowla, którą właśnie mijamy,(chodziło o meczet). Mimo ty wszystkich skojarzeń nawiązujących do pracy, którą bardzo lubiłam, tylko wiązało się to z dużym stresem i odpowiedzialnością, moja radość, że wreszcie ktoś mnie odwiedził i że to moja siostra, była olbrzymia. A kilka małych szczegółów, które wymknęły się spod kontroli np. o mały włos nie zostawiłam Adriana na lotnisku, wszystko to dawało mi poczucie, że nie jestem w pracy i nie musi wszystko być dopracowane na 100%. Ale ponieważ to są ich wymarzone wakacje, postaram się więcej już nikogo nie gubić i realizować nasz bogaty program, który przygotowałam właśnie na 100%.   

02:50, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 października 2009
NIGDY NIE ROZMAWIAJ Z NIEZNAJOMYM NA ULICY! CHYBA, ŻE MA CIEKAWĄ PROPOZYCJĘ, W INDONEZJI JEST WSZYSTKO MOŻLIWE!

Siostra przylatuje już za parę dni. Byłam ostatnio w hotelu, by potwierdzić rezerwację pokoju dla niej i dla jej chłopaka. W czasie naszej drogi, gdyż towarzyszyła mi Marina, przytrafiło nam się coś niespodziewanego,(kto by pomyslał...:).   

W pewnym momencie naszej wędrówki w stronę hotelu, zaczepił nas nieznajomy dżentelmen, lokalny mieszkaniec Bogor. Wyraźnie wykazywał chęć porozmawiania z nami. My natomiast na rozmowę z nim nie bardzo miałyśmy ochotę. Poprosił nas o minutę uwagi, byśmy zechciały go wysłuchać. Nie bardzo chciałyśmy, miałyśmy coś do załatwienia, poza tym nie rozmawia się z nieznajomymi, którzy zaczepiają na ulicy! To wiedzą wszyscy. Ponieważ bardzo nalegał, zgodziłyśmy się. Wtedy on zapytał czy interesuje nas praca. No cóż, praca może i tak, ale niekoniecznie od niego albo z nim. Zaczął tłumaczyć, że chodzi o pracę w szkolę z młodzieżą.

Kiedy wyraziłyśmy delikatne zainteresowanie, zaczął nam tłumaczyć, że chodzi o szkołę językową, że praca z młodzieżą, że to w formie pogawędek, że chcą im stworzyć możliwość rozmowy z różnymi osobami i zainteresować ich tym językiem zwiększając atrakcyjność samych lekcji. Mnie się pomysł bardzo spodobał. Marina była mniej ufna, szczególnie, że nasz rozmówca chciał byśmy z nim od razu, już teraz dosłownie na 15 min gdzieś pojechały. To znaczy do tej szkoły i poznały uczniów.

Trochę nas to wszystko zaskoczyło, sama propozycja, tempo rozmowy i  to szybkie działanie, z jego strony. Szłyśmy sobie po prostu coś załatwić, a tu nagle taka propozycja wydająca się całkiem sensowna, może aż za bardzo, więc czekałyśmy na jakiś haczyk.

Generalnie haczyka nie było, a nasze doświadczenie okazało się bardzo wartościowe i ciekawe. Zdecydowałyśmy się pojechać z naszym nowo poznanym znajomym. Zgodziłyśmy się oddać mu 15 min naszego cennego czasu, chociaż cały czas pamiętałyśmy, że mamy do załatwienia parę spraw. Nie przekonane do końca, dałyśmy się jednak namówić. Zostałyśmy zawiezione do szkoły, która okazała się szkołą językową. Tam czekał na nas nauczyciel, z którym miałyśmy krótką rozmowę, a potem zaprosił nas do klasy.

Mocno zaskoczone i kompletnie nie przygotowane do końca nie zdając sobie sprawy w co się pakujemy, weszłyśmy uśmiechnięte do klasy pełnej uczniów, których oczy były wpatrzone w nas z ogromnym zaciekawieniem. Usłyszałyśmy przed wejściem, że to tylko taka zapoznawcza konwersacja. Chodzi  o to byśmy się przedstawiły i coś powiedziały o sobie. Nie było to bardzo trudne, ale wciąż zaskoczenie sytuacją w jakiej się znalazłyśmy, trochę nas onieśmielało, ale tylko przez chwilę.

Po wejściu do klasy zasiadłyśmy na miejscu nauczyciela i lekko skrępowane uśmiechnęłyśmy się w stronę naszej widowni. Wtedy nauczyciel poprosił byśmy się przedstawiły i coś o sobie opowiedziały. Marina spojrzała na mnie prosząc bym zaczęła, a ja zupełnie bez planu, bez przygotowanej konstrukcji swej wypowiedzi, zaczęłam mówić, muszę przyznać, mocno stremowana.

Na początku się przedstawiłam, powiedziałam skąd jestem, zaczęłam opowiadać czym się zajmowałam do tej pory, gdzie byłam, że praca przewodnika, że studia archeologiczne, że praca na wykopaliskach, że już trochę zwiedziłam, że w sumie do Indonezji przyjechałam prawie prosto z Dubaju i takie tam ogólne informacje. Mówiąc to wszystko nie byłam pewna czy oni mnie w ogóle rozumieją, dlatego w trakcie mojego monologu przerwałam pytając czy jestem rozumiana. Wtedy większość młodzieży odpowiedziała, że tak. Ucieszyłam się, ale skoro oni uczą się dopiero, więc mogli nie bardzo nadążać, chociaż starałam się mówić wolno i wyraźnie. Poza tym musiałam dać sobie czas, by wiedzieć co ja chcę im powiedzieć i by to się w jakąś całość sensowną układało. Powiedziałam co robię w Indonezji i oczywiście zaczęłam zachwalać kraj wymieniając jego zalety.

Następnie oddałam głos Marinie, która była już bardziej pewna, no cóż miała trochę czasu, zaczęła mówić o sobie, podkreślając, że ma bardzo zbieżnie zdanie do mojego, w kwestii emocji związanych z Indonezją.

Po skończeniu własnych prezentacji, zapytałyśmy czy są jakieś pytanie i wtedy podniósł się las rąk. Z jednej strony był to plus, to oznaczało, że młodzież się nami zainteresowała i chciała wiedzieć więcej, zadając kolejne pytania, a w sumie takie było założenie całego przedsięwzięcia.

Dla mnie to było niezwykle ciekawe doświadczenie. Możliwość znalezienia się w normalnej klasie i obserwowania uczącej się młodzieży. Klasa, w której się znalazłyśmy nie była zbyt duża.  Była podzielona ławkami na dwie części. Po lewej stronie siedziały dziewczęta, a po prawej chłopcy. Młodzieży w klasie było w sumie koło 30 osób. Wszystkie dziewczęta miały nakrycia na głowie typowe dla muzułmanek oraz mundurki, wszystkie takie same, koszule i długie spódnice. Chłopcy mięli marynarki z krawatami.

Kiedy zaczęły padać pytania okazało się, że na część z nich odpowiedzi już padły podczas naszych wypowiedzi, ale oczywiście odpowiedziałyśmy zdając sobie sprawę, że może nie zostałyśmy dobrze usłyszane bądź nie wszyscy nas zrozumieli. Pytania były przeróżne, ale głównie wiązały się z pytaniami czemu studia w Indonezji, czemu język indonezyjski i czemu właśnie Bogor??? Pytania były bardzo podobne do tych, które już słyszałyśmy od młodych ludzi, którzy zaczepiali nas w sklepach albo na ulicy. Ale i tak pytania były przeróżne, a my coraz bardziej już rozluźnione, cierpliwie na nie odpowiadałyśmy, nawet jeśli się powtarzały. Część młodzieży, była bardziej odważna i zadawała pytania z niesamowitą częstotliwością. Było ciekawie, gdyż młodzież się rozkręciła i zadawała coraz to ciekawsze pytania. Ja zostałam poproszona o powiedzenie czegoś w ojczystym języku. Jeden chłopak wiedział, że Warszawa to stolica Polski, po tym jak odpowiedziałam na pytanie z jakiego miasta pochodzę. Inny spytał o flagę, bo wiedział, że nasza jest bardzo podobna do indonezyjskiej. Poza tym wyjaśniłam lokalizacje Polski, bo z tym tutaj ludzie mają problem w przeciwieństwie do ogromnej Rosji.

Marina też była wypytywana o swój kraj. Jeden chłopak zapytał o szansę możliwości studiowania w Rosji, gdyż wyraźnie był zainteresowany. Pytano nas co chcemy robić w przyszłości. Poproszono oczywiście byśmy powiedziały coś w ich języku. Padały pytania typu czy lubimy piłkę nożną? Marina mocno rozbawiła męską część publiczności opowiadając o swej ulubionej drużynie piłkarskiej i ulubionych zawodnikach. Ja się nie wykazałam, bo akurat uwielbiam tenis, o którym mogłabym rozmawiać godzinami, ale młodzież nie zainteresowała się tym tematem. Kiedy spytano mnie o hobby, po podkreśleniu, że oczywiście zwiedzanie i podróżowanie, co w moim przypadku zarówno praca i hobby to jedno, podkreśliłam że interesuje mnie historia również Indonezji. Wtedy do rozmowy wtrącił się nauczyciel pytając, co wiem na temat historii Indonezji. I tu się szybko musiałam zebrać i przypomnieć sobie cokolwiek, by nie polec na polu walki. Spokojnie zaczęłam opowiadać o czasach odzyskania niepodległości przez Indonezji. Data święta narodowo jest łatwa, gdyż zaledwie kilka dni po przylocie do Indonezji, obchodziliśmy hucznie święto narodowe. Poza tym cofnęłam się do czasów kolonialnych związanych z Holendrami. Biorąc pod uwagę, że kompletnie nie byłam przygotowana do weryfikacji moich historycznych wiadomości dotyczących kraju, jakoś się obroniłam. Zaczęłam też opowiadać, gdzie są prowadzone wykopaliska w Indonezji i że mam plan odwiedzić te miejsca i jak to będzie możliwe porozmawiać z naukowcami o  ich pracy i może wymienić się jakimiś poglądami.

Wszystko to mocno interesowało młodzież. Pytanie padały również z naszej strony. Dowiedziałyśmy się między innymi że nasza widownia ma po 18 lat, że już uczą się trochę angielskiego, że w sumie jeszcze nigdzie nie byli za granicą, często nawet nie byli na innej wyspie prócz Jawy. 

Z piętnastu minut zrobiła się godzina, ale czas przeleciał bardzo szybko. Obie strony były mocno zadowolone z takiego obrotu sytuacji. Młodzież miała możliwość porozmawiania z ludźmi z innego świata, z ludźmi którzy byli już w różnych miejscach i dużo już widzieli, bo ta młodzież to ludzie, którzy nie byli jeszcze niegdzie nawet na innych wyspach swego kraju i czasem trudno im było uwierzyć, że ich kraj może być dla nas ciekawy i interesujący.

Po rozmowie nauczyciel zaproponował nam pracę, wyraźnie zadowolony z obrotu sprawy. Nam pomysł się spodobał, możliwość dowiedzenia się co myślą ci młodzi ludzie na różne tematy i dodatkowo wymiana pewnych spostrzeżeń jest ciekawym doświadczeniem i powiedziałyśmy, że chętnie spotkamy się z nimi ponownie.

Tak więc wychodząc do miasta, by coś załatwić, między czasie dostałysmy ofertę pracy. Wiem, że w Indoenzji jest wszystko możliwe, ale tego nie przewidziałam, no przynajmniej nie tego dnia. 

12:03, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2009
JEDNAK BYŁO KOLEJNE TRZĘSIENIE ZIEMI I TO NAWET DWA!

Wczoraj koło 10 rano czasu indonezyjskiego,( w Polsce była 5 rano), leżałam sobie na łóżku w swoim pokoju i czytałam książkę. Była sobota, więc zajęć nie miałam. Spokój, cisza, zawsze tak jest w naszym domu w weekend, bo wtedy wszyscy wracają do swych domów, to znaczy wszyscy lokalni studenci.

Nagle poczułam jakieś wibracje. Moje łóżko zaczęło się dziwnie zachowywać i po chwili zdałam sobie sprawę, że przez chwilę się trzęsło. Na początku nie wiedziałam czy to tylko moja wyobraźnia, tyle się ostatnio o tych trzęsieniach mówi i słyszy. I te żarty z prognozami. Ale kiedy po chwili Marina wbiegła do mojego pokoju, zanim zdążyła powiedzieć cokolwiek, wiedziałam już, że to jednak była prawda. Było kolejne trzęsienie ziemi. Ona też je poczuła. Nie była to moja wyobraźnia. Od razu nasunęły się pytania, gdzie było trzęsienie ziemi? Daleko? Dużo strat i ofiar??? Zaraz pobiegłam zobaczyć w Internecie czy już coś piszą, ale jeszcze nic nie było. A potem znajomy powiedział mi, że faktycznie było trzęsienie ziemi, ale tylko 2 sekundowe, tyle właśnie czułam, jak moje łóżko się rusza. A dziś w prasie przeczytałam, że w Sukubami na zachodniej Jawie miały miejsce te wstrząsy i siła ich wynosiła 5 stopni w skali Richtera.

Na tym nie koniec. Zaledwie kilka dni temu było trzęsienie na wyspie Maluku. Obydwa bez większych zniszczeń i ofiar. Ale bez paniki się nie obeszło. Ludzie uciekali z budynków obawiając się o swe życie. W ciągu dwóch dni były dwa trzęsienia ziemi! 

U nas w Bogor mimo, że mieszkamy na Zachodniej Jawie nic się nie wydarzyło, prócz tego lekkiego dwusekundowego wstrząsu. Na szczęście. Nie przyzwyczaiłam się do myśli, że trzęsienia ziemi w Indonezji to norma i już nie chcę i nie będę pisać o kolejnych wstrząsach.

13:47, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 października 2009
A JEDNAK JULIA ROBERTS „ROBI” PROBLEMY NA BALI.

Dopiero co pisałam o możliwości pojawienia się problemów wynikających z pobytu Julii Roberts na Bali, która kręci swój najnowszy film „Love, Eat and Pray”  i właśnie czytam w prasie o kontrowersjach związanych z  planowanym zamknięciem na kilka dni sanktuarium Monkey Forest w Ubud. Ponieważ sceny filmu przewidywane są w tym miejscu, dla komfortu pracy ekipy, najlepiej byłoby zamknąć na jeden bądź dwa dni cały park dla odwiedzających, (dokładnie to o czym pisałam). Tylko, że to byłaby tragedia dla tych wszystkich, którzy chcą zobaczyć piękny las, po którym skaczą małpy i na terenie, którego znajduję się hinduistyczne, sanktuarium. Ten wspaniały las o powierzchni ponad 11 hektarów jest jednym z najważniejszych miejsc turystycznych w całym Ubud, które miesięcznie odwiedza ponad 10 000 ludzi. Początkowo twórcy filmu zarezerwowali Monkey Forest na jeden dzień, dokładnie na 3 listopada, ale ponieważ właściciele licznych biur podróży podnieśli alarm, związany z poważnymi stratami jakie z tego tytułu poniosą za zwrot pieniędzy wykupionych biletów, ostatecznie podjęto decyzję, iż cały obiekt będzie otwarty dla wszystkich, gdyż park jest miejscem publicznym, a ekipa filmowa będzie musiała sobie jakoś z tym poradzić. Dodatkowo filmowcy musieli obiecać, iż ekipa nie zakłóci spokoju odwiedzającym Monkey Forest.

 

Ekipie filmowej i tak udało się zdominować niektóre miejsca w Ubud na Bali. W czasie kręcenia scen na plaży  Padang Padang, doprowadzili do zamknięcia plaży na kilka dni.

Poza tym zdjęcia kręcone były na tradycyjnym bazarze, co również doprowadziło do utrudnień. Bazar jest bardzo ciekawym miejscem pozwalającym zapoznać się  z lokalną sztuką i kupić ciekawe wyroby artystów. Miasto słynie ze swojej artystycznej duszy i licznych wyrobów rzemieślniczych, słynnych na całej wyspie, dlatego to miejsce również cieszy się popularnością wśród odwiedzających.

 

Jednak na jeden dzień bazar został zamknięty, gdyż tego dnia Julia Roberts grała sceny na bazarze spacerując po nim i robiąc zakupy. Niektórzy sprzedawcy narzekali, że w tym dniu prawie nic nie sprzedali, ale z drugiej strony każdy sprzedawca, który załapał się do filmu jako statysta, zainkasował 20 $. Czy to dużo? Jak na tutejsze warunki całkiem sporo. Jedni się z tego cieszyli mówiąc, że to była jedyna niepowtarzalna szansa zobaczenia sławnej aktorki podczas pracy i wziecia udziału przy kręceniu międzynarodowej produkcji. Inni którzy do filmu się nie załapali, czasem narzekali, ale często z uśmiechem powtarzali, iż była to niesamowita przygoda obserwując całe wydarzenie. I mimo że tego dnia nic nie zarobili, to powtarzali, że to wszystko dla dobra społeczeństwa, a poza tym film na pewno pomoże wypromować Ubud i w przyszłości więcej osób na tym skorzysta. 

 

Książka ‘’Eat Pray and Love’’ autorstwa amerykańskiej dziennikarki Elizabeth Gilbert, wywołała swego czasu na Bali kontrowersje ze względu na wzmiankę o pewnym mężczyźnie, którego bohaterka ksiązki poznaje w Ubud. Mężczyzna, zajmujący się balijską medycyną pomaga pewnej kobiecie zajść w ciążę, gdyż jej mąż jest bezpłodny. Robi to w sposób mocno kontrowersyjny. Lekarz organizuje dla kobiety schadzki z różnymi mężczyznami w celach seksualnych. Ta historia mocno zaniepokoiła opinię publiczną. Były nawet protesty przeciwko kręceniu filmu w Indonezji.

 

Tak czy inaczej, było do przewidzenia, że pobyt Julii Roberts i całej ekipy filmowej kręcącej film na Bali, w miejscu typowo turystycznym wzbudzi zainteresowanie i to nie zawsze pozytywne, ale my i tak tam jedziemy i to już całkiem niedługo, za 12 dni będziemy na Bali i sama Julia nam nie przeszkodzi J.    

17:29, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 października 2009
KOLEJNE TRZĘSIENIE ZIEMI W INDONEZJI! TO TYLKO GŁUPI ŻART!!!

Okazuje się, że ludzie okrutni, pozbawieni jakichkolwiek hamulców, są w stanie wykorzystać każdą sytuację, nawet najbardziej tragiczną,(ale to już przestaje dziwić kogokolwiek), by tylko wywołać ogólne poruszenie i panikę. To o czym pisałam wczoraj, że przewidywane jest trzęsienie ziemi na najbliższą sobotę w Jakarcie, okazało się głupim żartem. Ktoś zadzwonił do mediów i poinformował o poważnym zagrożeniu, które będzie miało miejsce 24 października. Jednak meteorolodzy nie potwierdzają tych rewelacji. No cóż, żart był naprawdę głupi, bo od tygodnia o niczym innym tutaj się nie mówiło, jak tylko o niepokojących plotkach. I mimo że rozum często nie chce przyjąć faktów, że ciężko przewidzieć trzęsienie ziemi, że tylko jest to możliwe w 60%, a tak naprawdę ze 100% pewnością da się je przewidzieć zaledwie kilkadziesiąt sekund przed nadejściem, to w obliczu ostatnich wydarzeń i wielu trzęsień ziemi, które nawiedziło Indonezję, ludzie nie myślą racjonalnie, tylko zaczyna się ogólna panika, która udziela się innym.  

Najgorsze w tym wszystkim jest, iż tak naprawdę nic nie wiadomo. Żart żartem, ale kolejne trzęsienie ziemi w Indonezji jest całkiem prawdopodobne i to tylko kwestia czasu, kiedy i w którym miejscu usłyszymy kolejne niepokojące wieści z tego pięknego kraju…A takie wygłupy i rewelacje nie są nikomu potrzebne. Ludzie i tak boją się, że prędzej czy później coś niedobrego się wydarzy...

10:31, karolinarossowska
Link Komentarze (4) »
czwartek, 22 października 2009
KOLEJNE TRZĘSIENIE ZIEMI W INDONEZJI! PODOBNO JUŻ W NAJBLIŻSZĄ SOBOTĘ!

Nie wiem czy to symptomy paniki wśród ludzi ze względu na liczne ostatnimi czasy trzęsienia ziemi nawiedzające Indonezje, ale od tygodnia mówi się o kolejnym trzęsieniu, które ma nawiedzić kraj i to już w najbliższą sobotę! Usłyszałam te „optymistyczne” wiadomości od znajomych Indonezyjczyków, którzy przekazują informacje z prasy i telewizji, iż trzęsienie ziemi ma mieć miejsce 24 października. Podobno ma być duże i może mieć siłę nawet 8 stopni w skali Richtera! To jest naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, że ogromne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Padang na Sumatrze kilka tygodni, temu miało ponad 7 stopni, a miasto zostało całkowicie zniszczone. Niestety prognozy miejsca, w którym mają być najsilniejsze wstrząsy, wskazują na stolicę Indonezji, Jakartę!

 

Bogor, w którym mieszkamy znajduje się ok. 80 km od stolicy. Poprzednie trzęsienia ziemi, które miały miejsce w Jakarcie, było odczuwalne u nas. Ostatnie, tydzień temu, które wystąpiło w stolicy nie było silne, ale znajomi opowiadali, że wstrząsy były odczuwalne również w Bogor. Ja tym razem nic nie czułam, w przeciwieństwie do poprzedniego razu, kiedy robiąc zakupy w super markecie, nagle poczułam wstrząsy, a ludzie w panice zaczęli uciekać krzycząc GEMMMMMMBA!!!! Wtedy jeszcze nie wiedziałam co to znaczy i cała sytuacja była mocno zaskakująca. Teraz na hasło trzęsienie ziemi wiem, że trzeba uciekać z budynku, bo robi się naprawdę niebezpiecznie i grozi zawaleniem.

 

W Indonezji dzieci uczone są w szkołach, jak trzeba się zachowywać w takich sytuacjach. Mają ćwiczenia praktyczne, aby odpowiednio reagować w sytuacjach kryzysowych. Rozmawiałam ostatnio z Yudah, znajomym mieszkającym w Indonezji. On też słyszał o tych przewidywaniach i powiedział, że to nigdy nie wiadomo, że faktycznie może być trzęsienie ziemi, ale czy to będzie sobota czy może niedziela, 7 czy 8 stopni w skali Richtera, tego nie da się przewidzieć ze 100% pewnością.

Pytałam go również, czy trzęsienia ziemi, które są ostatnio tak częste i niestety czasem tragiczne w skutkach, są zjawiskiem typowym i czy można normalnie egzystować ze świadomością ciągłego zagrożenia, które jest możliwe w każdej chwili.

Trudno sobie to wyobrazić, gdyż za każdym razem, kiedy Indonezję nawiedza kolejne trzęsienie ziemi, moja rodzina i znajomi zaczynają panikować i boją się o mnie. I mimo że trzęsienie ziemi miało miejsce już parę razy odkąd zamieszkałam w Indonezji, nie mogą się przyzwyczaić do tej sytuacji.

 

Yudah, znajomy z którym rozmawiałam, powiedział mi, że co prawda trzęsienia ziemi nie są czymś niezwykłym w większości miejsc w Indonezji, (on sam mieszka na Jawie dopiero od kilku lat, wcześniej mieszkał na Borneo, a to jest jedna z kilku wysp, która ze względu na położenie, jest omijana przez trzęsienia ziemi), to jednak to co dzieje się ostatnimi czasy w kraju, jest zaskakujące i niepokojące. I nie da się do tego przyzwyczaić, szczególnie, jak giną ludzie, do tego nie można się przyzwyczaić, nigdy.

11:05, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009
NA BALI Z JULIĄ ROBERTS? MOŻE NIEKONIECZNIE.

Na Bali przebywa obecnie Julia Roberts. Kręci tam swój nowy film pod tytułem "Eat, Pray and Love". Kiedy szykowałam się do wyjazdu do Indonezji, chciałam kupić tę książkę i przeczytać w Indonezji. Niestety w natłoku rzeczy, które musiałam załatwić, nie starczyło czasu. Akcja powieści toczy się w różnych miejscach, częściowo w Indonezji. Ten bestseller opowiada o kobiecie, która po ciężkich przeżyciach osobistych postanawia udać się w podróż życia. Najpierw wyjeżdża do Włoch, następnie kieruje się do dalekich Indii i wreszcie trafia do Indonezji. W czasie podróży przechodzi duchową przemianę. Zakochuje się i próbuje na nowo odnaleźć sens i smak życia. Trochę brzmi to wszystko znajomo… Ale najważniejsze, że akcja toczy się w wyjątkowych miejscach, tak barwnych i egzotycznych, że film, nie wiem jak  fabuła, ale pod względem zdjęć, może być cudowny.

 

Julia Roberts do Indonezji przyleciała z Indii, gdzie kręcono część zdjęć. Teraz od kilku dni przebywa na Bali, dokładnie w Ubud, w mieście, do którego za dwa tygodnie udajemy się w pierwszej kolejności. Wczoraj w wiadomościach pokazywali kręcone zdjęcia m.in. na tradycyjnym bazarze. Poza tym doczytałam, iż zdjęcia kręcone będą również w parku, gdzie znajduje się las z małpami oraz sanktuarium, Monkey Forest.

 

Julia Robers będzie w Indonezji do 6 listopada, a my przylatujemy na wyspę dzień wcześniej. Tylko nie wiem czy akurat atrakcją jest sama aktorka, bo wiem jak wygląda sytuacja, kiedy w jakimś miejscu pojawia się sławna bądź ważna osobistość. Skoro zdjęcia kręcone będę w sanktuarium to znaczy, że raczej tego dnia nie będzie można zwiedzić parku, albo będzie to wiązało się z utrudnieniami. W naszym przypadku to nie jest tragedia, gdyż na Bali będziemy w sumie 12 dni, ale problem mogą mieć ci, którzy w mieście spędzą tylko jeden lub dwa dni i może ich ominąć możliwość zwiedzenia tego jednego z najważniejszych i najciekawszych miejsc na wyspie.

 

Pamiętam, kiedy pracowałam w Egipcie, wiele razy pojawiały się trudności w realizacji programu podczas zwiedzania, gdyż na oglądanie wspaniałych starożytnych zabytków wybierał się np. sam Mubarak, prezydent Egiptu. Pamiętam, jak kiedyś w drodze do Asuanu, przejeżdżaliśmy tylko przez Luksor i cała droga została zamknięta, ponieważ do Luksoru zawitała Condoleezza Rice, ówczesna amerykańska sekretarz stanu. Prezydent Mubarak oprowadzał osobiście ważnego amerykańskiego gościa, a problemy z tym związane, aby tego dnia zobaczyć cokolwiek w Luksorze, były nieprawdopodobne.

 

Podobne sytuacje były, kiedy do Petry w Jordanii przyjeżdżały ważne osoby, a to wyjątkowe miejsce chciał zobaczyć każdy, gdyż miejsce jest cudowne, poza tym jest jednym z nowych Siedmiu Cudów Świata.  Słyszałam z opowieści od znajomych przewodników o problemach, którzy akurat byli na miejscu w tym czasie, kiedy pojawił się prezydent Francji Sarkozy ze swą piękną małżonką, albo kiedy żona byłego amerykańskiego prezydenta, Laura Bush wybrała się do Perty, podczas kiedy George buszował po Izraelu. Ja miałam okazję zwiedzać starożytne miasto Nabatejczyków w towarzystwie prezydenta Portugalii i jego małżonki…

 

Tak czy inaczej spotkanie Julii Roberts na Bali nie jest moim największym marzeniem, chociaż to dobra aktorka i jestem ciekawa samego filmu. Obecnie cała Indonezja mówi o wizycie sławnej aktorki i ludzie cieszą się, że hollywoodzka produkcja jest kręcona w ich kraju, co nie jest wielkim wyjątkiem. Zdarzało się już, iż filmowcy wybierali te rejony do realizacji swych produkcji. No cóż, widoki są przepiękne, azjatyckie pejzaże cudne, a pogoda sprzyja. Indonezja jest bardzo atrakcyjna pod tym względem, a my miejmy nadzieję że właśnie, dlatego że Indonezja jest pięknym i atrakcyjnym miejscem, uda nam się wszystko bez większych przeszkód zobaczyć…

16:30, karolinarossowska
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 października 2009
BOGOR NA ZDJĘCIACH - część 2

PANORAMA MIASTA

PIERWSZY BUDYNEK STACJI KOLEJOWEJ W BOGOR

MŁODOŚĆ ZA KIEROWNICĄ TO TUTAJ STANDARD

WARZYWA, OWOCE, WSZYSTKO ŚWIEŻE Z DOSTAWĄ DO DOMU

LUKSUSOWE CENTRUM HANDLOWE W BOGOR TEŻ MAMY

SZKOŁA DLA DZIEWCZĄT

BAWIĄCE SIĘ DZIECI PODCZAS PRZERWY MIĘDZY ZAJĘCIAMI

O CHOMIKACH BYŁA JUŻ MOWA...

MOJE ULUBIONE OWOCE, SALAK PONDOH, POLECAM!

KOLEJNY PIĘKNY KOŚCIÓŁ W MIEŚCIE

WĘDROWANA SPRZEDAŻ

09:09, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 października 2009
BOGOR NA ZDJĘCIACH - część 1

DOBRY FRYZJER PRZYDA SIĘ WSZĘDZIE.

LOKALNY TRANSPORT PUBLICZNY, "SUPER" SPRAWA.

OKOLICE DWORCA KOLEJOWEGO I TROCHE BUDYNKÓW Z CZASÓW KOLONIALNYCH.

SYMPATYCZNI MIESZKAŃCY MIASTA, PRAWIE WSZYSCY...

JESZCZE TYLKO 13 SEKUND I RUSZĄ...

DURIANY, EGZOTYCZNE, POPULARNE OWOCE, TYLKO TROCHĘ NIE MIŁO PACHNĄ ,ALE PONOĆ SMACZNE, NO CÓŻ WSZYSTKO PRZEDE MNĄ...

LOKALNE SMAKOŁYKI...DOBRE PRÓBOWAŁAM

BANANY, W INDONEZJI JEST ICH ZE 100 ODMAIN

WÓZKI Z JEDZENIEM, JEŚLI KTOŚ NIE CHCE SIĘ RUSZAĆ Z DOMU...

17:57, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 października 2009
SAYA SUDAH DI SINI SELEMA 2 BULAN.( Spokojnie, cały tekst po polsku.)

Tak, jestem już dwa miesiące w Indonezji. Podsumowując ten czas będzie krótko. Nic się nie zmieniło. Podróżoholiczka tak samo jak od początku twierdziła, zakochana jest w Indonezji. Czuję się jak u siebie, tak jakbym tu mieszkała nie dwa miesiące, ale dwa lata. Miasto Bogor, w którym rezyduję spenetrowałam już całkowicie. Na koncie sporo nowych znajomości, zarówno z lokalną ludnością, jaki i z ludźmi z całego świata. 

Na uniwersytecie postępy z językiem indonezyjskim. Staram się prowadzić krótkie konwersacje. Problem polega na tym, że ludzie mówią za szybko i posługują się slangiem oraz skrótami, co jest oczywiście praktyczne, ale nie dla osoby, która się dopiero uczy! Tak więc łatwo nie jest.

 

Dodatkową trudnością jest to, iż w każdym regionie kraju ludzie posługują się innym dialektem i innym językiem, który różni się od klasycznego indonezyjskiego, którego się uczę. Sundajski, jawajski, balijski, dialektów tyle co wysp w Indonezji, a przypomnijmy, że na kraj składa się około 17 tysięcy wysp!!! Niby wszyscy znają klasyczny język, ale znów przechodząc do praktyki jest trochę inaczej. Na uniwersytecie uczą nas zasad i reguł, by posługiwać się poprawnie językiem, ale problem leży w tym, iż ludzie nie mówią poprawnie, ignorując zasady i reguły, co jeszcze bardziej wszystko utrudnia. Chcesz z nimi porozmawiać, a oni cię nie rozumieją, tylko dlatego że mówisz poprawnie!!!!

 

Było już mówione, że język indonezyjski nie jest trudny do nauki i dalej to podtrzymuję. Nie ma prawie gramatyki, czasów, trudnych konstrukcji, ortografii czy koniugacji. Naprawdę porównując do naszego pięknego języka, to jest dziecinne proste. Trzeba tylko wkuwać słówka i można rozmawiać. Są pewne zasady i trochę gramatyki, ale nie trzeba w sumie ich znać, bo na co dzień się ich nie używa, no chyba że się chce czytać gazetę. Kiedy dostałyśmy pracę domową, by znaleźć artykuł w gazecie i go streścić, okazało się to trudniejsze niż mogło się wydawać na początku. Nagle pojawiły się reguły, które się wykorzystuje, w oficjalnym języku.

Mimo tych różnych utrudnień, bądź jak ktoś woli ułatwień, Podróżoholiczka nie poddaje się i walczy dalej z językiem indonezyjskimJ.

 

Poza nauką bahasa Indonesia uczymy się grać na gamelanie czyli tradycyjnym instrumencie i mimo początkowych oporów z mojej strony, muszę powiedzieć, że sprawia mi to prawdziwą frajdę. Trochę mniej, jeśli chodzi o taniec klasyczny. Co prawda tańczyć lubię bardzo, ale ta stylistyka jakoś nie bardzo mi podchodzi.

Wracając do muzyki, ostatnio nasz nauczyciel od sztuki zapowiedział nam, że wkrótce będziemy miały jakiś występ w radiu!

 

Jeśli chodzi o nowości to Podróżoholiczka zmieniła trochę plany. Ale nie na zasadzie, przechodzi na Islam i wychodzi za lokalnego dżentelmena, albo postanowiła osiąść na stałe i wybrała sobie Indonezję. Wręcz przeciwnie. Zdecydowałam się  na chwilę opuścić Jawę, na której mieszkam. Tak, podjęłam decyzję, że czas wreszcie gdzieś ruszyć dalej. Zmieniłam trochę plany z kilku powodów. Na początku deklarowałam, że teraz tylko nauka i od połowy grudnia zaczynam wielką podróż po Indonezji. Między innymi, dlatego przez całe wakacje siedziałam w Bogor, podczas kiedy inni podróżowali. Ale to nie był jeszcze odpowiedni czas. Co się zmieniło, skąd ta zmiana przemyślanego planu pierwotnego?

Jak to się mówi „tylko krowa nie zmienia poglądów”. Poza tym co bardzo ważne za dwa tygodnie przyjeżdża do mnie siostra:)

 

Początkowo plan był taki, najpierw pierwszy tydzień siostra spędza na Jawie, a w drugim tygodniu Iza z Adrianem jadą na Bali, a ja zostaję i się uczę. Między czasie, kiedy zaczęłam im tu wszystko załatwiać, w czasie toku realizacji planu, dostałam olśnienia. W sumie na parę dni mogłabym wyrwać się z Bogor i z uczelni, (mamy wtedy akurat jakieś zajęcia w terenie, w wiosce, więc dużo nie stracę), pomyślałam. Poza tym lepiej gdybym z nimi pojechała. Ktoś kto trochę w tych indonezyjskich klimatach jakoś już się porusza, na pewno się przyda. Samym będzie im trudno zobaczyć i zorganizować wszystko na miejscu i skończyliby prawdopodobnie na jednej z plaż, pięknej plaży Bali, ale nic by nie zobaczyli ponadto, a to byłaby wielka szkoda. A może tylko szukam wymówki, bo bardzo chcę z nimi pojechać już teraz!

Poza tym znajomi po powrocie z Bali, kiedy zaczęli opowiadać o Bali i kiedy zobaczyłam zdjęcia, stwierdziłam że chcę tam jechać i to jak najszybciej! Bali- wiele osób myśli, takie komercyjne miejsce, przereklamowane i pełne ludzi oraz typowych miejsc pod turystów. Tłoczno i męcząco. Też tak myślałam na początku. Skoro tyle jest pięknych miejsc w kraju, można sobie odpuścić Bali, tym bardziej, iż słyszałam, że Lombok, położone obok Bali, jest jeszcze piękniejsze i ma cudowne i puste plaże.

Przy oglądaniu zdjęć z Bali, zdałam sobie  jednak sprawę, że tam naprawdę warto pojechać i zobaczyć te wszystkie piękne miejsce, które są powalające na zdjęciach, więc można sobie tylko wyobrazić, jak jest na żywo. Liczne świątynie buddyjskie, których jest mnóstwo. Poza tym ciekawe, barwne rytuały i obrzędy, które napotkać można w każdym miejscu wyspy. Taniec i muzyka, z którego Bali słynie oraz wyroby rzemieślnicze. Wszystko to tylko uatrakcyjnia to miejsce. I jeśli faktycznie jest trochę zatłoczona i skomercjalizowana to trudno. Ciężko o idealną sytuację. Ale chcę to zobaczyć chociażby po to, by mieć swoje własne zdanie, a nie kierować się, czy powtarzać opinie innych, poza tym i tak Bali było w mych planach.

 

Tak więc Podróżoholiczka wyrusza wkrótce na podbój Indonezji. Wreszcie, długo czekałam na ten moment, bo dwa miesiące w jednym miejscu to sporo jak na mnie. Poza tym pomyślałam, że skoro będziemy na Bali tak blisko Lombok, to trzeba też tam zajrzeć. Rozmawiałam z jedną dziewczyną z Francji, która niedawno wróciła z wakacji z Lombok i zachwycała to miejsce. Warto, by siostra zobaczyła to miejsce również.

 

No i jest jeszcze jedna opcja. Ania, koleżanka, którą poznawałam przypadkiem jakiś czas temu, od miesiąca mieszka na Sulawesi w lesie. Prowadzi tam badania nad małpami i  zaprasza. Opisała, że miejsce jest cudowne, że dużo można zobaczyć, że są piękne góry, wulkany, na które mogłybyśmy się wspiąć i przenocować, by podziwiać przepiękny zachód oraz wschód słońca. Wodospady oraz wspaniały las, a także morze i plaże. Tak zachęciła, że poważnie się zastanawiam nad tą opcją również. Ona tam będzie jeszcze tylko dwa miesiące, bo potem leci na Sumatrę. Najlepiej jechać jak najwcześniej, gdyż wkrótce zaczyna się pora deszczowa i z pogodą będzie różnie. Więc pomyślałam, że pojechalibyśmy jeszcze na kilka dni na Sulawesi. Tylko problemem jest czas. Mamy go naprawdę niewiele. Siostra przyjeżdża tylko na dwa tygodnie, a to jest naprawdę bardzo niewiele, jeśli chodzi o Indonezję. Jeśli ktoś się zdecyduje na odwiedziny i przyjazd do Indonezji, polecam zarezerwować przynajmniej trzy tygodnie!(To tak na przyszłość, gdyż coraz więcej osób wyraża ochotę przyjazdu).

 

Tyle możliwości i opcji i trudno podjąć decyzję. Ale pewne jest, że jedziemy na Bali i Lombok, a z Sulawesi się zobaczy. Nie mogę się doczekać. A co z późniejszym podróżowaniem?  Nic się nie zmieniło. Mnóstwo miejsc zostanie i to co lubię najbardziej, będę miała na wszystko dużo czasu i dokładnie będę mogła poznać te miejsca. Przede mną cała Jawa, w planach Sumatra i oczywiście wyskok za granicę.

Podróżoholiczka szykuje się więc do wyprawy, planowanie, organizowanie... Wszystko co lubi, co przybliża ją bardziej do tych wszystkich cudnych miejsc, które wkrótce zobaczy. Znów wyruszam w podróż i moja siosta przyjeżdża:).    

15:37, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5