RSS
poniedziałek, 08 lutego 2010
MANDARYNKI NA ‘’OKRĄGŁO’’, SMOKI i CZERWONY ODSTRASZAJĄCY POTWORY CZYLI CHIŃSKI NOWY ROK CZAS ZACZĄĆ

Czerwone dekoracje pozawieszane w centrum handlowym...

Ostatnio zajadam się mandarynkami. Są obecnie najpopularniejszymi owocami w całej Indonezji. Bardzo tanie. Dużą siatkę owoców można kupić za mniej niż pół dolara. Bardzo smaczne,  z dużą grubą skórą, które łatwo się obiera, mają mało pestek i są słodkie, takie jak lubię najbardziej. Kojarzą mi się z dzieciństwem.

Czemu są tak popularne właśnie teraz? Cóż, za tydzień 14 lutego zaczyna się Chiński Nowy Rok. Połowa Azji, w tym Indonezja, świętuje to największe wydarzenie w całym kalendarzu księżycowym, w tym roku przypadające w dzień świętego Walentego…

...wszystko z okazji nadchodzącego Chińskiego Nowego Roku.

W Indonezji, jako święto obchodzone jest dopiero po raz piąty,(wcześniej zakazane było przez poprzedniego prezydenta Suharto, który rządził krajem 30 lat) i celebrują je Indonezyjczycy chińskiego pochodzenia, których w kraju nie brakuje.

Święto obchodzone jest niezwykle hucznie, trwa dwa tygodnie i zaczyna się całonocną paradą z fajerwerkami, petardami, przebierańcami oraz tańcami. Przez cały ten czas mają miejsce targi kwiatów, przysmaków szykowanych specjalnie na tę okazję, imprezy sportowe, a wszystko to w tym roku pod hasłem miłości i jej wszelkich przejawów. Nic dziwnego, że wypada w walentynki...

Indonezja jest niezwykle barwna i ciekawa pod tym względem. Co chwilę celebrowane jest inne święto. To zasługa wielokulturowości oraz wielonarodowości kraju. Dopiero co były święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, a już od miesiąca wszyscy szykują się na obchody Chińskiego Nowego Roku. Wcześniej, na początku grudnia Muzułmański Nowy Rok. W marcu kolejne wydarzenie, tym razem Hinduski Nowy Rok. Natomiast w maju Waisk, największe buddyjskie święto upamiętniające urodziny i śmierć Buddy. Dlatego Indonezja tak mnie fascynuje. Ciągle dzieje się coś ciekawego. Co chwilę zmieniają się ozdoby na ulicach i w sklepach. Jest kolorowo i różnorodnie. Różne festyny i przygotowania do kolejnego święta, a klimat udziela się wszystkim, nieważnie od religii czy kultury.

Happy Lunar New Year

Za każdym razem szykowane są inne ozdoby zapewniające klimat nadchodzącego święta. Jeszcze nie tak dawno w centrum handlowym wystawiona była ogromna choinka oraz olbrzymi bałwan, a od kilku tygodni wszędzie nie sposób nie zauważyć pozawieszanych zwojów czerwonego papieru ozdobione chińskimi znakami. Kolor czerwony dominuje. Jest symbolem powodzenia. Kolor ten również zgodnie z chińską legendą ma odstraszać wszelkie zło i zapewnić spokój oraz harmonie. Podobnie jak okrągły kształt, który symbolizuje jedność, zgodę oraz harmonię współżycia z innymi ludźmi. Dlatego na nowy rok szykuje się dania z ryb i kurczaka podając je w całości.

Chińska świątynia w Bogor.

Inne smakołyki tych świąt to makaron będący symbolem długiego życia, sajgonki zapewniające bogactwo, oraz mandarynki i pomarańcze symbolizujące pomyślność, gdyż są okrągłe. Dlatego są tak popularne i od paru tygodni w hipermarketach wyeksponowane są w olbrzymich skrzyniach w postaci potężnych kopców, prosto z Chin. Kiedy ustawiam się w kolejce do kasy nie ma osoby, która by w swoim koszyku nie miała torby pełnej mandarynek. Są naprawdę tanie, jak przysłowiowy barszcz, więc szkoda nie brać, a przy tym bardzo smaczne i kto by odmówił sobie pomyślności, szczęścia oraz dostatniego życia, które to mandarynki mają zapewniać. Nawet, jeśli się w to nie wierzy, ludzie i tak kupują, gdyż po prostu są smaczne.

Wnętrze świątyni, dominuje kolor czerwony...

Chiński Nowy Rok nazywany jest inaczej Świętem Wiosny. Legenda głosi, iż dawno temu żyła bestia Nian, która pożerała ludzi. Była w stanie za jednym razem, ze względu na ogromną paszczę połknąć całą masę ludzi. Wtedy pewien starzec, by ratować ludzi, podpowiedział bestii, by ta zjadła wszystkie inne potwory żyjące na ziemi, gdyż mogą być dla niej znacznie większą konkurencją od ludzi. Bestia uczyniła tak, a starzec, który później okazał się nieśmiertelnym bogiem, nakazał wszystkim wieszać w oknach czerwone ozdoby dla odstraszenia potworów.

...oraz smoki.

Chińskie święto jest bardzo rodzinne i radosne. Przy stole w wigilię zasiada cała rodzina. Dzieci otrzymują prezenty: świeże owoce, (głównie mandarynki właśnie), ciastka, cukierki,(wszystko okrągłe), oraz koperty z pieniędzmi. Drugiego dnia ludzie świętują na ulicach tańcząc rytualny taniec smoka oraz taniec lwa. Taniec smoka służy okazaniu szacunku potworowi, który Chińczykom kojarzy się z dobrocią. Taniec lwa to kolejna  legenda związana z jednym z cesarzy z dynastii Tang, któremu przyśniło się, iż lew uratował go przed demonami.

W Bogor w czasie Chińskiego Nowego Roku ma miejsce ogromna parada, gdyż tak się składa, że żyje tu jedna z większych grup pochodzenia chińskiego. Znajduje się w mieście jedna z ważniejszych świątyń chińskich z typową chińską symboliką przedstawiającą smoki, tygrysy... Sama parada w Nowy Rok jest spektakularna i stanowi największe wydarzenie w całej Indonezji. Dla niektórych turystów i obserwatorów parada może być trochę rozczarowująca. Jest środek pory deszczowej, a ponieważ w Bogor pada prawie zawsze, parada odbywa się w towarzystwie deszczu. Ludziom to jednak nie przeszkadza. Bawią się i świętują, gdyż dla Chińczyków deszcz nie jest żadnym demonem ani innym utrapieniem, tylko życiodajną mocą niezbędną do egzystencji.   

Kończę już pisać o Chińskim Nowym Roku. Zbliża się czas kolacji. Jeszcze nie wiem co dokładnie zjem, ale wiem na pewno, że będą m.in. mandarynki, które jak na razie mi się nie znudziły, chociaż jem je już od dwóch tygodni, na okrągło:).            

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

16:53, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 lutego 2010
KIEDY TRZEBA POWIEDZIEĆ SOBIE DOŚĆ…

Trzeba kończyć opowieść związaną z  powrotem do Bogor. I tak mocno się rozpisałam. To dlatego, iż traktuję tą podróż bardzo sentymentalnie i jest szczególna z kilku powodów…

 

Chodząc samotnie pustą plażą w towarzystwie promieni słonecznych, o poranku, gdzieś w małej mieścinie w zachodniej części Bali i pomyślałam, wow jestem tu sama. Sama w Indonezji. To prawdziwa rzadkość w kraju liczącym tyle milionów ludzi. Nie są to Chiny czy Indie, ale i tak ten wyspiarski kraj znajduje się w czołówce krajów zaludnionych, gdzie o  miejsca puste bardzo trudno i jest to prawdziwy ewenement. Było mi tam bardzo dobrze spacerując po tej pustawej, pięknej plaży. Napisałam na piasku słowo FREE, wolna, bo tak się w tamtej chwili czułam. Uwolniona od negatywnych myśli, ludzi, delektowałam się chwilą, a jak wiadomo w życiu liczą się tylko chwile…

 

Nie wiem, straciłam poczucie czasu, ale myślę, że ok. 3 godziny spacerowałam po plaży. Mogłabym tak cały dzień. Dopiero uczucie głodu zmusiło mnie do zejścia z plaży i rozejrzenie się po mieście szukając czegoś na śniadanie. Nie wyszłam na główną drogę. Małymi alejkami krążyłam między domkami rozglądając się wokół. Zmierzałam do miasteczka Cekik położonego ok. 2 km od Gilimanuk szukając wykopalisk archeologicznych, których ostatecznie nie znalazłam. Pytając przewodnika w Parku Narodowym Barat Bali, ale nie otrzymałam żadnej konkretniej informacji. Nie wiedział nawet o co mi chodzi!

 

Gilimanuk, wschodnie Bali

Podczas kiedy tak spacerowałam, wychylały się z okna z zaciekawione głowy ludzi patrząc, co to za zjawisko nadciąga. Wszyscy ludzie byli bardzo uprzejmi i sympatycznie uśmiechali się pozdrawiając mnie przy tym serdecznie. Gilimanuk, nie jest turystyczną miejscowością, więc można się cieszyć swobodą i brakiem komercji, która dopadła inne części wybrzeża Bali. A swoją drogą właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, iż podczas całego ostatniego pobytu na Bali, nie spędziłam ani jednego dnia na plaży, tak ciekawa i zajmująca jest ta wyspa. Niesłusznie zupełnie postrzegana jest jako siedlisko rozrywki i rozpusty.

 

Dla mnie Bali to piękne świątynie, często niezwykle ciekawie położone na skałach oblewane przez wody oceanu lub wśród ogrodów i pól ryżowych oraz nad jeziorami. Niesamowite wulkany i piękne góry. Ciekawe miasta na czele z Ubud, artystyczną duszą wyspy. Wspaniałe obrzędy, tańce i ceremonie hinduistyczne, rozgrywające się na ulicach miast i świątyń przez przerwy. I wszechobecne tarasy ryżowe, niekończące się uprawy, a wszystko intensywnie zielone… To jest prawdziwe Bali, które, jeżeli ktoś będzie miał okazję, powinien zobaczyć na własne oczy.

 

Ludzie w takich miejscach jak Gilimanuk, kiedy nie mają na co dzień do czynienia z białym człowiekiem, pytają z zaciekawieniem „skąd jesteś”. I już się tylko uśmiecham, kiedy mówię, że „z Poland”, a oni odpowiadają – „ z Holand?”. Polska jest abstrakcja dla nich, o której nie słyszeli nie mówiąc o próbie ulokowania jej na mapie, pytając - „Poland, a gdzie to?”

 

Przerwa na kawę...

Spacerując, kilka osób z wyraźnym zainteresowaniem pytało czy się nie zgubiłam, bo ludzi dziwiło czemu tu chodzę, tymi małymi alejkami, skoro tu nic nie ma. Ale to nieprawda. Wszystko mnie tu ciekawiło i chętnie podglądam zwykłych ludzi żyjących tutaj przy swoich codziennych obowiązkach. Już przestałam dążyć do tego, by zaliczyć wszystkie możliwe zabytki i świątynie, tak by nic mi nie umknęło. Wolę chłonąć atmosferę miejsca, wyostrzając wszystkie zmysły, by jak najpełniej odbierać otaczającą mnie rzeczywistość.

 

Wreszcie znajdując mały sklepik, zamówiłam kawę. O normalnej kawie trzeba było zapomnieć. Poprosiłam o Nescafe, 3 w 1 w torebce. Nie lubię słodkiej kawy, ale taka jest lepsza niż lokalna. Typowa indonezyjska kawa jest słodka, bardzo słodka, a od ilości cukru łyżeczka stoi na baczność. Nawet jak poprosi się o kawę bez cukru, to i tak podadzą z rozpędu posłodzoną… Siedząc i pijąc kawę, widziałam jak obserwowały mnie bawiące się dzieci. Jak zwykle wzbudzałam zainteresowanie dzieci, rodziców, osób starszych. Co chwile ktoś zadawał mi pytanie DARI MANA czyli skąd jestem. Rozmawiałam z nimi po indonezyjsku. Pytali co tu robię, czy się nie zgubiłam, może mi coś potrzeba… Jak zwykle pomocni i bardzo życzliwi.

 

Muzeum archeologiczne w Gilimanuk, malutkie ale bardzo ciekawe.

Nie znajdując wykopalisk po udaniu się do sąsiedniego miasteczka, wróciłam do Gilimanuk, by chociaż zobaczyć to co odkryto tutaj w latach 60 dwudziestego wieku. W maleńkim muzeum archeologicznym znajdowało się kilka gablot. Jak na taką małą wioskę odkrycia były bardzo ważne. Tutaj znajdowało się największe starożytne cmentarzysko z odkrytymi najstarszymi śladami egzystencji ludzkiej w Indonezji. Odnaleziono podczas prowadzonych badań wiele sarkofagów, a w nich ponad sto kompletnych szkieletów wraz z wyposażeniem. Ceramika, brązowe naczynia, paciorki i biżuteria to tylko część z nich. W muzeum wyeksponowano kilka szkieletów dzieci oraz ciekawe znalezisko mężczyzny ze związanymi dłońmi z tyłu, prawdopodobnie pochowanego za życie wbrew swej woli.

 

Bardzo cieszyłam się, że znalazłam to muzeum. Zupełnie się go nie spodziewałam w tych okolicach. Spacerując dalej po mieście podążałam główną drogą skąd poprzedniego dnia przyjechałam z Denpasar i znalazłam dwie malutkie świątynie hinduistyczne, przypadkiem. Wszystkie miejsca, które tu oglądałam były przypadkowe, na które bym nigdy nie trafiła wracając bezpośrednio z Denpasar do BogorJ.

 

Po południu, po opuszczeniu Gilimanuk, płynęłam promem na Jawę do Ketapang. Stamtąd odchodziły pociągi do Jakarty, przynajmniej taką dostałam informację, co okazało się nieprawdą. Po trudnym pożegnaniu z Bali i dopłynięciu na Jawę, zaczęły się schody. Na dworcu poinformowano mnie, że pociągu do Jakarty w ogóle nie ma. Jest tylko do Surabaji i to dopiero o 22.30. Była godzina 14, a ja znajdowałam się w miejscu, gdzie kompletnie nic nie było. Cóż, chciałam przygody, to ją miałam.

 

Na promie w drodze z Bali na Jawę...

Zostawiłam ciężki plecak na dworcu i poszłam rozejrzeć się po miasteczku zastanawiając się co robić. Znalazłam dworzec autobusowy skąd odjeżdżał autobus prosto do Bogor, zresztą ten sam, z którego zrezygnowałam w Denpasar. No nie, pomyślałam tylko nie znów ten autobus. Wizja wracaniem nim była coraz większa. Nie była to tragedia oczywiście. Ten wygodny transport miał mnie dowieść wprost do Bogor bez konieczności tułaczki. Tylko, że ja wolałam tak, bo dzięki temu byłam bardziej niezależna i mogłam sama decydować. Wszystko się jednak komplikowało. Pociąg miałam za 9 godzin. Nie było nawet za bardzo gdzie przeczekać. Zostawał dworzec. Rano o 5 następnego dnia miałam być w Surabaji. To duże miasto podobne do Jakarty. Martwił mnie tylko możliwy deszcz, który był bardzo prawdopodobny i obawa utknięcia na kolejnym dworcu 12 godzin, gdyż tyle trzeba było czekać na pociąg do Jakarty. Potem jeszcze podróż pociągiem 15 godzin, a potem do Bogor….

 

Ostatnie spojrzenie na Bali...

Nie przerażały mnie trudności, błąkanie się, drzemanie na dworcu i długie oczekiwania. Obawiałam się deszczu, który mocno wszystko ograniczał i utrudniał, a także brak pewności, że nie dojdą dodatkowe nieoczekiwane okoliczności. Dlatego ostatecznie po długich naradach z samą sobą, wróciłam autobusem mówiąc dość, ale tylko na razie, rzecz jasna. Nie uważam tego za porażkę. Wszystko wskazywało, że trzeba było tak zrobić. Do tego jeszcze przyczepiła się do mnie jakaś infekcja i czułam się coraz gorzej, więc kierując się zdrowym rozsądkiem, przedłużając wyjazd na ile to było możliwe, wróciłam do Bogor…A ciekawe doświadczenia, piękne chwile, całkowita swoboda i niezależność, potwierdziły, że podróżowanie samemu bez konkretnego planu, poddając się przygodzie, to świetny sposób poznawania kraju oraz samego siebie…i to na pewno jeszcze nie jest koniec.

 

Dodałam do poprzedniego wpisu zdjęcia rozebranego meczetu, żeby nie było że jestem gołosłowna i mnie fantazja literacka ponosiJ.

 

15:33, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 02 lutego 2010
JUBILEUSZOWY 50 WPIS ORAZ EGZAMIN PREZENTEM URODZINOWYM...

Tak, to już pięćdziesiąty wpis od początku istnienia mojego blogaJ. Zdecydowana większość to wpisy poświęcone Indonezji. Trochę się rozpisałam, ale wcale nie tak dużo, bo do opisania było znacznie więcej, tylko nie zawsze był czas, sprzyjające warunki i po prostu motywacja. Poza tym nie chciałam zanudzać i zamęczać. Co dla mnie ciekawe, niekoniecznie musi być zajmujące dla innych. W Indonezji wydarzyło się dużo. Wiele nauczyłam się i przeżyłam… Nie, to jeszcze nie podsumowanie mojego pobytu. Na to przyjdzie czas za dwa tygodnie, kiedy będę wylatywać. Tak, to już prawie koniec. 6 miesięcy zleciało, ale tak jak mówiłam, na podsumowania będzie czas…

 

Pięćdziesiąty wpis będzie krótki i nie będzie traktował o indonezyjskich przygodach. Poświecę go okrągłej liczbie postów, które spłodziłam dotychczas oraz temu, iż dziś, tak się składa, jest dzień mych urodzin. Może nie będę się chwalić wiosnami, które przeżyłam, ale cieszę się, że spędzam ten dzień w Indonezji, w kraju, który tak uwielbiam. W ostatnich latach każde urodziny spędzam w innym kraju. W tym roku Indonezja, w zeszłym byłam w Polsce, dwa lata temu w Jordanii, a trzy lata temu w Egipcie…Ciekawe, gdzie mnie wywieje za rokJ. Tego nie wiem. 12 miesięcy temu Indonezja nie była nawet rozważana, więc nie mam pojęcia, co będzie za rok.

 

Dzisiejszy dzień jest spokojny i refleksyjny, ale bardzo pozytywny. Bez wielkich celebracji, bo to dzień jak każdy inny. Różni się w sumie tylko tym, że zamiast kilku wiadomości w skrzyńce mailowej odnajduje się tego dnia znacznie więcejJ, ale wcale nie narzekam. Dziękuję bardzo wszystkim za pamięć i za życzenia.

 

Dzień jest spokojny i miły, chociaż rano miałam egzamin końcowy z języka indonezyjskiego. Nie denerwowałam się. Przez ostatnie dwa tygodnie intensywnie uczyłam się nadrabiając zaległości i byłam pozytywnie nastawiona. Właśnie dzisiaj miałam egzamin, w dzień swych urodzin, zresztą taki termin specjalnie, ze względu na możliwość, wybrałam. Pomyślałam, jeśli dobrze pójdzie, to sprawię sobie miły urodzinowy prezent. Jeśli nie…Nie, takiej opcji nie brałam pod uwagę, by źle poszło i postarałam się, by tak się stało. Jak poszło? Cóż, wyniki będą za kilka dni, ale powiem, źle nie było i jestem zadowolonaJ.

 

Po egzaminie i dobrej urodzinowej kawie, którą sobie zafundowałam, idę na urodzinowy spacer do ogrodu botanicznego korzystając, że jeszcze nie pada i jest ładna pogoda…Bardzo fajny ten dzień: 50 wpisów obrazujących kawał mych przeżyć i doświadczeń w Indonezji, egzamin końcowy podsumowujący całą naukę języka, zamykający pewien etap, a to wszystko w moje urodziny, które spędzam w Indonezji, pięknym barwnym i niezwykle ciekawym kraju, w którym wciąż jeszcze jestemJ.

 

Jeszcze raz dziękuję kochani za pamięć, życzenia i miłe słowa. Fajnie mieć czasem urodziny.

 

TERIMA KASIH.

14:33, karolinarossowska
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 01 lutego 2010
WŁAŚCICIEL MORDERCA, ROZEBRANY MECZET I CUDOWNY SPACER DZIKĄ PLAŻĄ…

Kiedy wsiadałam do autobusu w Denpasar, w zamierzeniach było tego samego dnia jeszcze popłynąć promem na Jawę i wieczornym pociągiem kierować się w stronę Jakarty. W trakcie podróży, upajając się widokami, które mnie żegnały, nie mogłam uwierzyć, że to koniec. I kiedy tak czytałam o ciekawych rzeczach, które są w miejscu, do którego jadę, (interesowało mnie zobaczenie przede wszystkim wykopalisk, jak się uda, oraz muzeum archeologicznego), pomyślałam: a w sumie czemu nie, przecież dziś jeszcze wracać nie muszę…

 

Gilimanuk i głowna droga.

Po dotarciu do Gilimanuk, autobus zatrzymał się przy porcie, skąd odpływały promy.  Decyzja była jednak już podjęta, więc nie było nad czym dywagować. Odwróciłam się i ruszyłam, nie bardzo wiedząc jeszcze gdzie. W przewodniku znalazłam adresy dwóch hoteli, które znajdowały się w tym niewielkim miasteczku. Wędrując z plecakiem główną i jedyną drogą, zatrzymywali się taksówkarze na motorach, oferując transport. Dziękując ładnie mówiłam, iż nie potrzeba. Od razu zainteresowali się czy szukam hotelu. Po uzyskaniu informacji o niedaleko znajdującym się tanim zakwaterowaniu, ruszyłam z moim nielekkim plecakiem. Po chwili podjechał człowiek na motorze, który nie tak dawno za 5000 rupii proponował transport i oznajmił bym wsiadała, on podwiezie za darmo, bo deszcze się zbliża. Po raz kolejny byłam mile zaskoczona życzliwością i bezinteresownością Indonezyjczyków, ale podziękowałam ślicznie, mówiąc, że nie trzeba, upewniając się, że to już niedaleko.

 

Było już ciemno i coraz mniej widziałam, ale na szczęście znalazłam szybko hotel. Cóż, nie spodziewałam się Hiltona (po cenie od 5$ za pokój, wiedziałam czego się spodziewać), zresztą i tak nie byłoby mnie na niego stać. Mój hotel był wszystkim tym czym Hilton nie był, łącznie z właścicielem, który w mojej wyobraźni jawił się jako szaleńca, morderca z siekierą schowaną pod ladą. Kiedy go zobaczyłam po raz pierwszy, mocno się wystraszyłam, ale nie miałam siły już iść dalej. Było ciemno, a ja byłam głodna i marzył mi się prysznic. Pomyślałam, jak mam umierać, to Bali jest miejscem, w którym chce spędzić ostatnie chwileJ.

 

Właściciel był naprawdę dziwny i miał mało przyjemną minę, tak jakbym mu w czymś przeszkadzała i w ogóle niepotrzebnie zabierała czas. Dziwne, bo raczej nie miał kompletu. Wydawało mi się, że jest pusto i jak się potem okazało, byłam jedynym gościem. Za to miałam wybór co do pokoju, ale powiedziałam od razu, że interesuje mnie jak najtaniej i tylko na jedną noc. Zobaczyłam pokój za 5$ i jak to ja i jak tradycja nakazuje, zaczęłam się targować. Wiem, że to i tak mało za pokój, ale ja już tyle razy przepłacałam, że nie było taryfy ulgowej. Pan właściciel pokazał mi pokój za 4 $ i powiedział, że ma jeszcze taki za 3$, ale z niego od razu uciekłam. Zostałam w tym za 4. Standard podstawowy czyli obdrapane ściany w nieokreślonym kolorze. Łóżko (bez pościeli tylko prześcieradło, prawie czyste), mały stolik i wentylator, który chodził, ale miałam wrażenie, że ma ciężki żywot i najbardziej to by chciał, by go zostawić w spokoju. Pokój miał małe okienko i łazienkę indonezyjską z małą narożną kwadratową wanną, a w niej woda i wiaderko do polewania się zimną wodą rzecz jasna. I tak byłam zaskoczona, że łazienka w ogóle była w pokoju. Biorę, pomyślałam, to i tak tylko kilka godzin. Rano mnie tu już nie będzie, (jak przeżyję),gdyż chciałam jak najwcześniej wstać i złapać wschód słońca.

 

Spacer po pustej plaży w Gilimanuk, zachodnie Bali

Dojeżdżając do miasta była godzina 18, więc usłyszałam dźwięk, o którym przez ostatnie dwa tygodnie zapomniałam. Modlitwy dochodzące z meczetu. Na Bali dominuje hinduizm i wyznawców pozostałych religii jest niewiele, ale oczywiście Gilimanuk był jednym z wyjątków i tu meczet był. I ten właśnie meczet znajdował się, jak się miało okazać, dokładnie po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko mojego hotelu. Pomyślałam, wspaniały wybór i od razu przypomniał mi się mój Bogor i meczet dwa kroki od domu oraz modły poranne wybudzające ze snu, ale powinnam się przyzwyczajać… W sumie było mi wszystko jedno. Byłam zmęczona, chciałam wcześnie pójść spać, więc pobudka o 4 nie robiła mi ogromnej krzywdy. Postanowiłam nie nastawiać budzika wiedząc, że meczet zrobi swoje.

 

Widoczne góry na Jawie.

Wtedy stało się coś czego się kompletnie nie spodziewałam. Rano nie usłyszałam meczetu budząc się przed 7, zaskoczona, że już tak późno. Musiałam być mocno zmęczona, że nie słyszałam porannych modlitw, pomyślałam. Ale kiedy wyszłam z hotelu, zobaczyłam, że meczetu już prawie… nie ma. To było najdziwniejsze co mi się przytrafiło ostatnio. Poprzedniego wieczora widziałam i słyszałam meczet, a rano następnego dnia już go nie było! Dziwne, naprawdę tego się nie spodziewałam. Nie wiem czy podlegał rozbiórce z jakiegoś powodu czy rozbudowie, ale wieczorem i nad ranem robotnicy po prostu go zdemontowali!!!.  

 

Rano zostawiając bagaże w hotelu ruszyłam na podbój mieściny. W planach było znalezienie wykopalisk, muzeum archeologicznego oraz Parku Narodowego. Ale najpierw nie odmówiłam sobie spaceru plażą wzdłuż oceanu. To była cudowna przechadzka. Dzika plaża, żadna turystyczna, tylko kilka łódek rybackich, ja, plaża, woda i słońce, które mimo wczesnej pory, wysoko świeciło na niebie. Samotnie spacerując plażą znów pomyślałam, że jestem szczęściarą, że znalazłam to miejsce, że postanowiłam się tu zatrzymać i teraz beztrosko sobie spaceruję plażą, obserwując cudne błękitne niebo, szum fal wody oraz dobrze widocznie góry z oddali, dostrzegalne z Jawy, od której dzieliła mnie półgodzinna podróż promem.

I ja...

15:25, karolinarossowska
Link Komentarze (1) »
sobota, 30 stycznia 2010
TRUDNĄ SPRAWĄ JEST OPUŚCIĆ RAJ…

O 16 mój autobus zaskakująco punktualnie ruszył, co w tym kraju jest prawdziwą rzadkością…pomyślałam dobry znak. Na początku wchodząc do pojazdu było pustawo, więc wybrałam sobie siedzenia na końcu. Było to strategiczne posunięcie wybierając siedzenie z tyłu przy drzwiach, gdyż przy braku klimatyzacji otwarte drzwi działają jak wentylator, pozwalając się nie udusić. Zajęłam trzy siedzenia. Dwa na bagaże i jedno dla mnie. Autobus szybko się jednak zapełniał i nie miałam złudzeń, że wkrótce będę musiała zwolnić miejsca okupowane moimi bagażami i położyć je… chyba sobie na głowie.

 

Oczywiście byłam jedynym bule w autobusie, co wzbudzało duże zainteresowanie wśród pasażerów. Trochę już zapomniałam, jak to jest być odmieńcem. Na Bali jest sporo białych ludzi, nie tylko turystów, ale również osób, które mieszkają na stałe.

Długo, z pasją przypatrywała mi się jedna pani siedząca niedaleko, która nie odrywając ode mnie wzroku, jadła ciasteczka. Zapadły mi w pamięć także trzy małe dziewczynki, które długo przeszywały mnie wzrokiem. Być może nie byłam pierwszym białym człowiekiem, którego widziały w swym życiu,(może drugim), ale raczej na pewno pierwszy raz z bule jechały autobusem, co nie przeszkodziło im obserwować mnie przez jakąś godzinę non stop, do momentu, aż zmógł je sen. Sama nie dostarczałam im rozrywki, siedząc z nosem w książce,  tylko czasem odrywając wzrok, by podziwiać widoki za oknem. W takich sytuacjach reaguje naturalnie, starając się całą sytuację ignorować, przyzwyczajając się, iż jako dziwaczne, niezidentyfikowane zjawisko, wzbudzam zainteresowanie, niczym biegający kangur po klatce schodowej…

 

Z czasem autobus się zapełnił. Mimo że ruszyliśmy już z Denpasar, po drodze dosiadały się kolejne osoby. W otwartych drzwiach autobusu stał człowiek, którego zadaniem było zbieranie pieniędzy za przejazd. Prócz tego wychylał się co jakiś czas na zewnątrz wyłapując wzrokiem chętnych do podróży.

 

Po ok. 45 min. w autobusie było już pełno. Byli to w większości ludzie, którzy wracali z miasta na swoje wioski. Mięli ze sobą koszyki z warzywami i inne sprawunki. W koło mnie wszystkie miejsca były już zajęte, ale przewiew dzięki otwartym drzwiom dodawał świeżości. Pani obok przysnęła i głowa osunęła się jej wprost na moje ramię. Z drugiej strony napierały na mnie moje własne bagaże, wciśnięte na siedzenie przy oknie. Za każdym razem, kiedy skręcaliśmy, nieustannie osuwały się na mnie, ale nie miałam zamiaru narzekać. Podziwiałam widoki za oknem, które były cudne.

 

Jechaliśmy z południa wyspy na zachód wzdłuż wybrzeża i jak tylko opuściliśmy miasto, zaczęły się roztaczać piękne widoki na pola ryżowe i inne uprawy. Pomyślałam, że nie ma szans znudzić się tym widokiem. Na Bali przez ostatnie dwa tygodnie jeżdżąc po wyspie, takie obrazki towarzyszyły mi wszędzie z mnóstwem soczystej zieleni o zmieniającej się intensywności barwy, wszystko zależało od wysokości na jakiej w danym miejscu znajdowaliśmy się. Nieustanny zachwyt nad pejzażem przychodzi naprawdę łatwo, bo natura tu robi cały czas piorunujące wrażenie. I takie drobne kwestie, jak leżąca na tobie obca kobieta, wpatrujące się dzieci i napierające bagaże, zupełnie nie mają znaczenia. Próbowałam poczytać trochę o okolicach, które mijałam, ale nie mogłam się skupić. Szkoda było tracić z oczu to co mijaliśmy, tym bardziej, iż zdawałam sobie sprawę, że to ostatnie chwile na tej przecudownej wyspie.

 

Pogoda dopisywała i było słonecznie. Próbowałam robić zdjęcia, ale nie było to łatwe. Po jednej stronie ukazywały się wciąż niekończące pola ryżowe i pracujący na nich rolnicy nie śpieszący się, starannie wykonując swoje czynności w naturalnym rytmie. W oddali dumnie prezentowały się góry. Odwracałam głowę w stronę drzwi autobusu i widziałam ocean, wzdłuż, którego jechaliśmy pewien odcinek oraz piękne i pustawe plaże z przecudnym białym piaskiem. Kontrast błękitnej wody, białego piasku oraz zieleni cudownie współgrał, a mnie wydawało się, że znów jestem w raju. Cały autobus pasażerów w pewnym momencie przysnął, a ja nie mogłam nakarmić oczu widokami, myśląc jak można spać mijając takie cudowności. Pomyślałam po raz kolejny, że to jest piękno podróżowania i już mi się robiło smutno, że moja podróż dobiega końca. Przeczytałam niedawno w pewnej mało fajnej książce fajne zdanie „Tęsknota za podróżowaniem, kiedy już się podróżuje jest pazernością” ,  ja bym dodała jeszcze, że kiedy podróż dobiega końca i już chce się wyruszać w następną, to również można nazwać to zachłannością…

 

Mijaliśmy świątynie hinduistycznych, a mi się marzyło wysiąść i tu zostać. Wtedy spojrzałam na pana, który stał w drzwiach i liczył zebrane pieniądze od pasażerów i pomyślałam: w tej chwili chciałabym się z nim zamienić. To ja chciałabym stać w tych drzwiach i codziennie pokonując tę trasę, móc zachwycać się widokami i wspaniałą naturą oraz kulturą balijską. Ciekawa byłam czy on sam docenia to co ma, to co mu zostało dane, oglądać to wszystko, rozkoszować bez woli, przy umówmy się, mało stresującej pracy. W tamtej chwili naprawdę bardzo mu zazdrościłam.

 

Po 3 godzinach dojeżdżaliśmy na miejsce, to znaczy do małego miasteczka Gilimanuk, zaskakująco o czasie. Mimo że po drodze mięliśmy problemy z silnikiem. Zatrzymaliśmy się nawet na kilka minut i panowie zaczęli coś tam przy nim grzebać. Nie zmartwiłam się strasznie. Nawet jakby trzeba było łapać stopa, to myśl, że mogłabym sobie wśród pięknych pejzaży pospacerować, wcale mnie nie przerażała. Wykorzystałam chwilę i wyskoczyłam z autobusu, by zrobić kilka zdjęć. Zaraz potem ruszyliśmy ponownie i przed 18 byliśmy na miejscu, skąd odchodziły promy na Jawę.

 

W czasie podróży, kiedy udało mi się oderwać na chwilę wzrok od widoków, doczytałam się w przewodniku kilku interesujących rzeczy, między innymi znalazłam wzmiankę o prowadzonych badaniach archeologicznych niedalekoJ oraz znajdującym się muzeum archeologicznym… Tutaj znajdowało się również wejście do Narodowego Parku Balijskiego. Te informacje znów doprowadziły do zmiany planu i biegu wydarzeń, gdyż tego wieczoru nie wsiadłam na prom i nie popłynęłam na Jawę.  Nie znalazłam się również w pociągu jadącym do Jakarty… Zostałam na Bali w malutkim całkowicie nieturystycznym miasteczku, w którym spodziewałam się być jedyną białą twarzą …          

04:44, karolinarossowska
Link Komentarze (2) »
wtorek, 26 stycznia 2010
HEJ PRZYGODO!

Tak. Nie było innej opcji. Wszystko mi mówiło że muszę coś jeszcze zrobić. Ostatnia część wyprawy, wreszcie sama, tak jak chciałam. Idealna sytuacja, której byłoby grzechem nie wykorzystać… Czułam, że to jeszcze nie może być koniec, że za wcześnie. "Luksusowy", wygodny, nowiutki autobus, (wiem, gdyż wcześniej Ania nim wracała), miał w ciągu 32 godzin zakończyć całą moją podróż po Indonezji? Co prawda trudno mówić o luksusie mając w perspektywie, utknięcie na wiele godzin w autobusie, ale to co sama planowałam sobie zafundować, było jeszcze mniej luksusowe… Przesiadki, tułaczka z plecakiem, transport lokalnymi środkami, zdecydowanie mniej wygodnymi, zatłoczonymi bez klimatyzacji. Szukanie w ciemnościach noclegu w miejscach, gdzie nie zatrzymują się bule czyli turyści i opcja spania na dworcu w oczekiwaniu na pociąg. A także nieprzychylne warunki atmosferyczne, w postaci dokuczliwego deszczu oraz nieprzewidziane sytuacje, gdyż w Indonezji nic nie jest pewne…

 

Łatwo nie było, ale nigdy nie żałowałam, że wtedy nie wsiadłam do tego "luksusowego" autobusu na dworcu w Denpasar, wybierając lokalny autobus, który zawiózł mnie do Gilimanuk, skąd odchodziły promy na Jawę. Ale po kolei…

 

Kiedy dojechałam na dworzec w Denpasar od razu pokierowano mnie do autobusu jadącego bezpośrednio do Bogor. Tłumaczyłam, że w sumie to jeszcze nie wiem czy chcę bezpośrednio do Bogor. Że może najpierw dojadę do granicy, gdzie odpływają promy, a potem się zobaczy. Taki miałam wstępny plan, który dopiero rodził się w mej głowie. To był zupełny spontan.  Stamtąd łapać chciałam prom, a na Jawie dalej kontynuować podróż pociągiem, co skracało podróż. Pociąg jest szybszy. Dawało mi to możliwość po drodze zatrzymania się gdzieś i jeszcze zobaczenia czegoś. Tak jak chciałam, pełna swoboda.

 

Teraz musiałam tylko złapać autobus do Gilimanuk, miejsca przy zachodniej granicy Bali. Stamtąd promem na Jawę, a potem złapać pociąg, o którym wiedziałam tylko, że chyba wyrusza wieczorem. Chyba! Potem jeszcze pociągiem z Jakarty do Bogor. Trochę było przy tym roboty i kiedy zobaczyłam ten luksusowy autobus na dworcu, do którego mnie zaprowadzono, by przekonać, że warto, trochę się zawahałam… Wiedziałam, że gdybym zdecydowała się na niego, to o nic nie musiałabym się martwić. Było prawie pusto, więc spokojnie mogłam mieć dla siebie 4 miejsca. Autobus wyposażony był w klimatyzację, koce do przykrycia, poduszki, podnóżki i prawie całkowicie rozchylające się fotele do pozycji leżącej! Do tego toaleta, mała kabina dla palaczy(to akurat nie było dla mnie w ogóle istotne), telewizor z DVD i wliczone w cenę dwa ciepłe posiłki na postojach…    

 

Nie, nie chce tego autobusu pomyślałam, ostatni raz spoglądając na niego i czym prędzej uciekłam, by nie zmienić zdania. Kiedy odnalazłam autobus do Gilimanuk, daleko mu było do tamtego. Miałam spędzić w nim  najbliższe 3-4 godziny. Musiałam jeszcze tylko wytargować cenę. Bule, biały człowiek, to osoba naturalnie postrzegana za bogatą, więc wszystko jest dla niej droższe. Tak po prostu. A w lokalnym autobusie nie było opcji bym zapłaciła normalnie. Kiedy powiedziano mi dwa razy wyższą cenę, roześmiałam się mówiąc po indonezyjsku, że wiem ile kosztuje i że ja jestem jak lokalny człowiek, że studiuję w Indonezji i niech nie żartują. Po wynegocjowaniu niższej ceny, wciąż wyższej od normalnej, wsiadłam do mojego autobusu. Byłam bardzo podekscytowana, szczęśliwa i dumna z siebie za podjętą decyzję. Ekscytujące była ta niewiadoma i to, że za 3 godziny będę musiała zdecydować co dalej… Czy łapać prom i szukać pociągu, a może nie. Może zrobić coś innego, w końcu to ja decyduję i sama sobie szefuję, a jedyną osobą, z którą muszę konsultować decyzję, jestem ja sama, a więc hej przygodo…J     

 

CDN

16:12, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
WYPRAWA BEZ PLANU RÓWNA SIĘ PRZYGODA!

Od samego początku nasz wyjazd, który rozpoczęłyśmy tuż przed świętami 21 grudnia, jeszcze w 2009 roku, funkcjonował pod nazwą wyprawy bez planu…Miałyśmy do dyspozycji około 6 tygodni i wiedziałyśmy, że chcemy zobaczyć i przeżyć jak najwięcej. Na bieżąco z dnia na dzień ustalałyśmy plan, który zmieniał się jak w kalejdoskopie. W zasadzie do samego końca nic się nie zmieniło…

 

Dla mnie była to zupełna nowość, ale czułam, że właśnie tego, w tym momencie potrzebuję…Do tej pory z grubsza planowałam trasę i ogólny jej zarys. Takie poczucie komfortu i bezpieczeństwa wydawało mi się ważnie, ale nie tym razem. To co najlepsze w całym naszym wyjeździe, to prócz faktu, iż zobaczyłyśmy naprawdę dużo(o poszczególnych etapach podróży przez następnych kilka dni będę opisywać), piękne było to, iż nie miałyśmy sztywnego planu…

 

Mówię wam świetna sprawa podróżowanie bez grafiku. To są prawdziwe wakacje, delektując się wolnością, swobodą i brakiem ograniczeń. I bez stresu, że tu trzeba spędzić tyle czasu, by zdążyć tam i nie przegapić jeszcze czegoś… Od razu było pewne, że potrzebne są wybory. Nie da się wszystkiego. Indonezja jest za duża. Również przez prześladujący nas ciągle deszcz, nie dało się zrobić wszystkiego, więc nie było sensu stresować się i psuć sobie wyprawy. Byłyśmy elastyczne. Jeśli jakieś miejsce spodobało nam się bardziej, zostawałyśmy w nim dłużej. Między czasie, kiedy usłyszałyśmy o innym, włączyłyśmy je do naszej wyprawy. Bywało, iż dzień wcześniej nie wiedziałyśmy, gdzie znajdziemy się dnia następnego. Wszystko zależało od naszego nastroju, kondycji oraz… pogody. Po prostu rano budziłyśmy się i decydowałyśmy. Wpływ mięli również ludzie, których poznawałyśmy (w tym także rodaków) i dlatego ciągle zmieniał się skład naszej ekipy.

 

Był czas, iż podróżowałam sama. Był to jeden z ciekawszych i ważniejszych momentów wyprawy, który był mi bardzo potrzebny. Zwiedzanie z kimś lub w większej grupie jest bardzo fajne, ale prawdą jest, że każdy chce czegoś innego. Trudno uszczęśliwić wszystkich, tym bardziej, że kraj daje wiele możliwości, a każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby…Bywało nerwowo, więc w pewnym momencie po prostu się odłączyłam…

 

No właśnie, prawdą jest, że trzeba się dopasować w czasie wyprawy, by nie było zgrzytów. Czy u nas były zgrzyty? Powiem tak, cieszę się, że część podróży spędziłam w większym gronie, szczególnie święta i sylwestra(w te wieczory nasza grupa mocno powiększyła się o międzynarodowe towarzystwo innych studentów oraz mieszkańców Indonezji), ale szalenie cieszyłam się, że miałam również okazję pobyć i pozwiedzać sama, robiąc to na co miałam ochotę, bez z jednej strony martwienia się czy drugiej osobie spodoba się to co zaproponuję, a samemu nie będzie trzeba się zmuszać do czego nie jest się przekonanym… Kiedy Ania musiała wracać wcześniej do Bogor. Marina poleciała na Sulawesi odwiedzić przyjaciółkę z Rosji. Gosia skoczyła na Lombok, ja zostałam w Ubud na Bali. I jak już wspomniałam, był to niezwykle inspirujący i uzdrawiający okres.

 

Całą wyprawę kończyłam sama i kiedy ostatniego dnia wyjeżdżałam z Ubud, do ostatniej chwili nie wiedziałam, co zrobię. Wreszcie po męczarniach podjęłam decyzję o wyjeździe, co było jednocześnie komfortowe, gdyż nie musiałam z nikim konsultować daty wyjazdu i w 100% sama podejmowałam decyzję co dalej... No właśnie, musiałam zdecydować co dalej?

 

Powoli wracać do Bogor czy jeszcze trochę się tutaj pokręcić. Czas był, trzeba było tylko uważać na fundusze. Mogłam zostać jeszcze kilka dni na wyspie odwiedzając znajomą, która zapraszała. Mogłam wracać bezpośrednio do Bogor. Ponieważ naprawdę pieniądze przeznaczone na wyprawę były na wykończeniu, musiałam poważnie rozważyć opcję powrotu. I kiedy podjęłam decyzję, iż wracam, przede mną byłą kolejna… jak wyglądać będzie powrót???…Samolot nie wchodził w grę. Czas poświąteczny spowodował, że ceny przelotów były kuriozalne. Kiedy poprzednim razem leciałam na Bali samolot kosztował ok. 60$ w dwie strony. Teraz za powrót trzeba było zapłacić dwa razy tyle. Tak samo zresztą jak w dwie strony. Poza tym samolot to szybka opcja, ale nie dla kogoś kto chce opóźnić powrót i zobaczyć coś jeszcze.

Kolejna możliwość to powrót wygodnym, komfortowym autobusem, co prawda spędzając w nim ponad 30 godzin!!!, ale nie martwiąc się o nic. Zagwarantowane było nie tylko dostarczenie do domu bez żadnych przesiadek, ale również posiłki w czasie podróży.

A może poddać się przygodzie i wybrać podróż, bardziej samodzielną i co istotne, zdecydowanie bardziej ekstremalną, wybierając lokalne autobusy, pociągi i kto wie, być może konieczność łapania stopa. Decydując się na trasę nie do końca sprawdzoną, pewną i łatwą, wymagającą wielu przesiadek i tułaczki z wcale nie lekkim bagażem na plecach, ale za to obfitującą na pewno w ciekawe i nowe doświadczenia i nowe znajomości… No właśnie co tu zrobić? Domyślacie się już, którą opcję wybrałam…J?  

04:31, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010
UBUD LEKARSTWEM…

Chyba nikt nie lubi pożegnań. Sama staram się unikać ich jak ognia…Ciężko się rozstawać z bliskimi, przyjaciółmi, rodziną, znajomymi… Tym razem było inaczej. Nigdy nie sądziłam, że tak trudno przyjdzie mi rozstać się z miejscem.

Przeważnie to ludzie i wydarzenia determinują określone miejsca, które zapadają nam w pamięć. Tym razem emocjonalnie związałam się z miejscem, z którym trudno było mi się pożegnać i za którym bardzo tęsknie. Tęsknie za niewielkim miasteczkiem położonym w południowej części Bali, z cudnymi polami ryżowymi, świątyniami hinduistycznymi przepięknie wkomponowanymi w krajobraz zieleni otaczający miasto. Tęsknie za licznymi rytuałami hinduistycznymi, które można obserwować przez cały dzień na ulicach, muzyką gamelanu rozbrzmiewającą w świątyniach oraz unoszącym się zapachem kadzidełek. Tęsknie za małymi wąskimi uliczkami, muzeami oraz licznymi kawiarenkami i restauracjami, których samo mijanie i obserwowanie gustownego urządzenia i zaaranżowanych wnętrz dopracowanych w najmniejszych szczegółach…to wszystko zachwyca sprawiając, że całe miasto wygląda, jakby było jedną wielką artystyczną duszą, w której jest jakaś moc… Tęsknie za Ubud.

 

Główna ulica w centrum miasta. Po obu stronach znajdują się przyjemne kawiarenki, galerie i sklepiki.

Wyjechałam nieco ponad tydzień temu. Pożegnanie nie było łatwą sprawą… Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak siedziałam w busie w drodze do Denpasar tuż po opuszczeniu Ubud, zastanawiając się, czemu wszystko co dobre musi mieć swój koniec L. Kiedy opuszczałam Ubud świeciło słońce od samego rana. Tylko przez moment, kiedy wsiadałam do busa zaczęło padać i wtedy powiedziałam odprowadzającemu mnie znajomemu, że to znak, że Ubud się smuci, gdyż wyjeżdżam, ale to potrwa tylko chwilę i zaraz znów wyjdzie słońce, gdyż taką mamy umowę…

 

Na twarzy mojego znajomego ukazał się grymas niedowierzania w to co mówię. Wariatka, prawdopodobnie pomyślał. Jaka znów umowa, o co chodzi???

Cóż, do wyjazdu z Ubud szykowałam się od 3 dni. Już dzień wcześniej miałam silne postanowienie, iż przyszła pora się pożegnać. W nocy jednak obudził mnie dźwięk deszczu, bardzo intensywny, jakby miało miejsce oberwanie chmury. To dziwne pomyślałam, bo w Ubud pada dużo,(obecnie pada wszędzie ze względu na porę deszczową), ale w nocy w tym czasie, w którym byłam w Ubud, tego jeszcze nie było. Co ważniejsze padało dalej rano. Kiedy wstałam i dalej lało, zdecydowałam, że zostaje w Ubud jeszcze jedne dzień.

 

Zaledwie kilka minut od centrum miasta można znaleźć się pośród wspaniałych pól ryżowych. Tutaj jedna z restauracji, gdzie przesiedziałam godziny wpatrując się w cudowny widok, którego nie ma się dość...

I wtedy przy śniadaniu, kiedy siedziałam na werandzie swego bungalowu, wyszło piękne słońce, które świeciło do końca dnia. Na niebie nie pokazała się nawet najmniejsza chmurka. Pomyślałam, że Ubud nie chce bym wyjeżdżała, chce bym tu została. No cóż, ja też chciałam, ale nie mogłam tu siedzieć w nieskończoność. Były sprawy do załatwienie przed wylotem. Poza tym wiedziałam, że im później wyjadę tym będzie trudniej. Wtedy pomyślałam, że ja tu muszę wrócić i postanowiłam obiecać, że to jeszcze nie koniec. Tak jak obiecałam po pierwszej wizycie, kiedy odkryłam to miasto i kiedy wróciłam do Ubud po zwiedzeniu całej wyspy. Ja tu wrócę! Już nie podczas tego pobytu w Indonezji, ale następnym razem, kiedy przyjadę do Indonezji, powrócę tutaj!  Nie ma więc co się smucić i płakać. Taką zawarłam umowę z Ubud i z wszystkimi jego polami ryżowymi, uliczkami, świątyniami, kawiarenkami, galeriami i sklepikami…

 

Zachodzące słońce nad Ubud. Cudowna chwila...

Następnego dnia, kiedy wyjeżdżałam świeciło słońce i było bardzo przyjemnie. Wiedziałam, że to dlatego, iż obiecałam wrócić. Kiedy zaczęło padać wiedziałam, że to tylko moment i ze zaraz ponownie wyjdzie słońce. Dlatego powiedziałam Sebastianowi, że to umowa. Ubud chciało bym zapamiętała je jak najlepiej. I tak było. Ostatni dzień był piękny i cały mój pobyt był jedną bajką i tak też zapamiętałam Ubud, jako jedną wielką bajkę. Bajkę, w której prędzej czy później znów się znajdę…J. Nie zwariowałam mówiąc o umowie. Dla mnie Ubud to miasto magiczne z duszą, które ma osobowość. Są takie miejsca na ziemi, gdzie ma się wrażenia, iż nie chodzi tylko o budynki, mury i ulice… I właśnie takie miejsce znalazłam. Gdzie czułam się dobrze, dobrze w tym miejscu, dobrze sama ze sobą, czułam się rozumiana, miałam dużo energii i inspiracji. Tak właśnie czułam się w mojej bajce, nazywanej Ubud, co znaczy dosłownie lekarstwo…Moje lekarstwo na wszystkie bolączki, obawy, smutki i rozterki. Najlepsze lekarstwo na świecie- Ubud…J

 

Nie tylko ja zakochana jestem w mieście. "Kami cinta Bali". To wyznanie miłości Phila i Rose, którzy odiwedzili Ubud w 2003 roku. Podobnie jak wielu innych turystów pozostawili po sobie pamiątkę i wyryli napis na jednym z chodników Ubud... 

17:07, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2010
MOJE DZIECKO(BLOG) WLASNIE SKONCZYLO ROK..:)

Wow, wlasnie dostalam olsnienia, zdajac sobie sprawe, iz dokladnie rok temu zaczelam pisac swojego bloga:). Rok temu 9 stycznia narodzil sie moj blog i dokladnie po roku (no prawie, gdyz spoznilam sie o jeden dzien) po 3 tygodniach od napisania ostatniego tekstu w pierwsza rocznice istnienia mojego bloga dodalam kolejny post i to jeszcze w miejscu tak cudownym jakim jest Ubud( ponizszy, rocznicowy post tlumaczy z grubsza czemu miejsce jest tak wyjatkowe).

I teraz pojawia sie mysl i pytanie, czy to przypadek czy przeznaczenie, iz wlasnie tego dnia napislam po przerwie kolejny tekst... No coz, na pewno nie bylo to zaplanowane i dlateg tak mnie to cieszy...:) a dowodzi to fakt, ze jednak male opoznienie w postaci jednego dnia mialo miejsce...

No coz, data i dzien jest znaczaca i wyjatkowa... Oznacza, ze udowodnilam wreszcie, ze w czyms moge byc konsekwentna...:). 10.01.10 tez jest oryginalnym zbiorem liczb. Poza tym jest to dzien urodzin mojej babci. 

Babciu, najlepsze zyczenia urodzinowe od wnuczki, ktora chociaz daleko, gdzies na koncu swiata w Indonezji, to jednak pamieta:)

Poza tym wciaz jestem w Ubud, ktore uwielbiam...

Powodow do swietowania tyle, ze nic innego mi nie pozostaje...:) Moj blog, moje dziecko ma rok:)

Dziekuje wszystkim, ktorzy mi przez ten rok towarzyszyli i tym wszystkim, ktorzy podczas tego roku dolaczyli sie i wspolnie ze mna podrozuja... Mam nadzieje, ze nikt sie nie zawiodl i dziekuje za mile slowa...zarowwno ja jak i moje dziecko cieszymy sie bardzo...i liczymy na dalsza wspolprace:)

TERIMA KASIH BANYAK:) DZIEKUJE BARDZO PO INDENEZYJSKU OCZYWISCIE:)   
09:42, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
UBUD...MOJE MIEJSCE NUMER 1 W INDONEZJI...:)

I ZNOW JESTEM W UBUD NA BALI:). KOCHAM TO MIEJSCE I WRACAM TU Z RADOSCIA I PRAWDZIWA PRZYJEMNOCIA...


JESTEM JUZ TRZY TYGODNIE W PODROZY. DUZO SIE WYDARZYLO, BARDZO DUZO WIDZIALAM I PRZEZYLAM. NARODZILO SIE TEZ WIELE MYSLI I WNIOSKOW...


ZOSTAL MI OSTATNI TYDZIEN PODROZY I WRACAM DO BOGOR. WCZESNIEJ NIZ MYSLALAM, ALE TAK WYSZLO. ZLOZYLO SIE NA TO WIELE CZYNNIKOW, ALE JEST DOBRZE. TAK WIDOCZNIE MIALO BYC. TRZEBA WROCIC DO BOGOR CZYLI MOJEGO INDONEZYJSKIEGO DOMU NA JAWIE I ROZPOCZAC PRZYGOTOWANIA DO POWROTU DO POLSKI... ALE NA RAZIE JESZCZE STARAM SIE O TYM NIE MYSLEC, BO JAK MAM OPUSCIC MIEJSCE, W KTORYM CZUJE SIE TAK DOBRZE...


NO COZ, NIKT NIE MOWIL ZE BEDZIE LATWO. Z DRUGIEJ STRONY, NIE WYOBRAZAM SOBIE MYSLI, ZE MOGLAM NIE ODKRYC TEGO MIASTA, MAGICZNEGO MIEJSCA UBUD:).


CO JEST TAK WYJATKOWEGO W TYM MIESCIE, IZ ZDECYDOWANIE UWAZAM JE ZA MIEJSCE NUMER 1 W INDONEZJI???


NIE WIEM NAWET OD CZEGO ZACZAC, WIEC NA POCZATEK ZROBIE TAKIE MALE WPROWADZENIE, BO O UBUD NIE RAZ JESZCZE SIE BEDE SZCZEGOLOWO ROZPISYWAC...:)


UBUD TO MIEJSCE, W KTORYM CZUJE SIE DOBRZE, CZUJE SPOKOJ I HARMONIE. CZUJE SIE CZESCIA TEGO MIASTA, MIASTA KTORE MA WSZYSTKO CO PRZYNOSI NA MYSL HASLO BALI CZYLI RAJSKA WYSPE... ALE NIE TO BALI PLYTKIE, KOMERCYJNE I TURYSTYCZNE, TYLKO TO LEPSZE BALI, ODKRYTE JAK NA RAZIE PRZEZ GARSTKE LUDZI. NA SZCZESCIE:)


UBUD TO MALE MIASTO, ZALEDWIE 8 TYS MIESZKANCOW. MOZNA POWIEDZIEC, ZE JEST TO TAKA WIEKSZA WIOSKA Z CENTRUM I SLICZNYMI MALYMI GALERIAMI, MUZEAMI, SKLEPIKAMI ORAZ TYSIACEM PRZECUDNIE ZAARANZOWANYCH KAWIARENEK I RESTAURACJI... 


WSZYSTKO PIEKNIE URZADZONE, ZE SMAKIEM DOPRACOWANE SZCZEGOLY, SLICZNE, CZYSTE, Z KTOREGO BIJE POZYTYWNA ENERGIA Z KAZDEGO FRAGMENTU CHODNIKA I MURU...:)  MILO I PRZYJEMNIE. DO TEGO PIEKNI LUDZIE WOKOL I OTOCZAJACA WSPANIALA RELIGIA ORAZ KULTURA, KTORA DOPIERO ZACZYNAM ODKRYWAC. 


HINDUIZM BYL MI DO TEJ PORY MOCNO OBCY, GDYZ OBRACALAM SIE GLOWNIE W SWIECIE ISLAMU. NAWET PRZEZ OSTATNIE 4 MIESIACE W INDONEZJI MIESZKAJAC NA JAWIE WCIAZ OTACZAL MNIE ISLAM. I DOPIERO, KIEDY PRZYJECHALAM NA BALI, ZACZELAM ODKRYWAC TA RELIGIE. WIEM JUZ CORAZ WIECEJ. I WIEM, ZE JEST ZUPELNIE INNY NIZ BUDDYZM. WCZENIEJ MIESZALY MI SIE TE DWIE RELIGIE I NIE WIDZIALAM WIEKSZEJ ROZNICY. AZ WSTYD SIE DO TEGO PRZYZNAWAC, ALE MYSLALAM, ZE TO W SUMIE TO SAMO, A NAZW UZYWA SIE WYMIENNIE... COZ, CZLOWIEK UCZY SIE CALE ZYCIE...:) WYBRALAM TO POWIEDZENIE, CHOCIAZ NA USTA CISNIE SIE INNE...CZLOWEIEK GLUPI SIE RODZI I GLUPI UMIERA:)...WELL


A UBUD JEST CUDOWNE. JESTEM TU JUZ PORAZ 3 I WCIAZ OKRYWAM NOWE MIEJSCA. WCZORAJ ZNAJOMA POLKA DAGMARA, BARDZO SYMPATYCZNA I CIEPLA OSOBA:), MIESZKAJACA OD DWOCH LAT W UBUD, ZAWIOZLA MNIE NA DZIKA, PIEKNA PLAZE, NIEDALEKO UBUD. 


JESLI KTOS MOZE MIEC JAKIES ZASTRZEZENIA DO TEGO MIASTA, CHOCIAZ NIE POWINIEN, TO TYLKO BRAK PLAZY MOZE GO ZNIECHECAC, ALE NIESLUSZNIE, BO 20 MINUT OD UBUD, GDZIE SZYBKO I LATWO NA SKUETZRE MOZNA SIE DOSTAC, ZNAJDUJE SIE DZIKA I PUSTA PLAZA. 


POZA TYM DO SANUR CZY KUTY, OSRODKOW TYPOWO TURYSTYCZNYCH Z PLAZAMI I OCEANEM NA WYCIAGNIECIE REKI, JEST NIECALA GODZINA OD UBUD, ALE GWARANTUJE, ZE JESLI KTOS NAJPIERW ODKRYJE UBUD, KAZDE INNE MIEJSCE DO WYPOCZYNKU BEDZIE ROZCZAROWUJACE...:)


POZA TYM W UBUD JEST WSZYSTKO. PIEKNE SWIATYNIE, GDZIE MOZNA OBSERWOWAC CEREMONIE HINDUISTYCZNE I PIEKNA ARCHITEKTURE, ULICZKI Z GALERIAMI I PRZEDE WSZYSTKIM BLISKO ZNAJDUJACE SIE WSPANIALE I NIEKONCZACE SIE POLA I TARASY RYZOWE...


UBUD SLYNIE Z PIEKNYCH ARTYSTYCZNYCH WYROBOW. PRZESLICZNE OBRAZKI, WSPANIALE WYROBY Z DREWNA, MEBLE, STOLY I KRZESLA O CIEKAWYCH KSZTALTACH ORAZ RZEZBY.


W UBUD JEST TAKZE SLYNNY LAS Z MALPAMI ORAZ SANKUTARIUM. TURYSTYCZNA ATRAKCJA MONKEY FOREST, NAZYWANA PRZEZE MNIE MONKEY MOLEST:)DOMYSLCIE SIE DLACZEGO:) MOZE NIE JEST TO MIESCE NAJBARDZIEJ CIEKAWE W CALYM UBUD, ALE MALPY SA ROZKOSZNE, NAWET JAK SA NAMOLNE I BEZ ZADNYCH OPOROW NAPADAJA NAS, OTWIERAJAC ZAMEK W TOREBCE STARAJAC SIE ZABRAC COS SWIECACEGO...


NO I TUTAJ NIE TAK DAWNO JULIA ROBERTS KRECILA SWOJ OSTATNI FILM "EAT PRAY AND LOVE".



JUZ KIEDY ODKRYLAM UBUD W ZESZLYM ROKU, DOWIEDZIALAM SIE ZE UBUD ZOSTALO WYBRANE NAJLEPSZYM MIASTEM W AZJI 2009:) WYPRZEDZILO BANGKOK(I SLUSZNIE), HONG KONG I WIELE INNYCH ZNANYCH AZJATYCKICH MIAST...NA PODSTAWIE CONDE NAST TRAVEL : 2009 READERS' CHOICE AWARDS...:)


W UBUD ZNAJDUJE SIE JEDNA Z PIECIU NAJLEPSZYCH RESTAURACJI W AZJI, MOZAIC.


KAZDY ZNAJDZIE COS DLA SIEBIE, NAWET NAJBARDZIEJ WYBREDNI POWINNI SIE TU ODNALEZC...I JEZELI KTOS SZUKA SPOKOJU, CISZY TO TEZ SIE NIE ROZCZARUJE. MIASTO ZASYPIA PRAWIE PO DOBRANOTCE, A O 22 JEST JUZ WSZYSTKO POZAMYKANE I PANUJE KOMPLETNA CISZA...JEDNOCZESNIE NIE MOZNA SIE TU NUDZIC. MOZNA SIE WYBRAC NA TYPOWY MASAZ(SWIETNA SPRAWA POLECAM!), CODZIENNIE ZJESC W INNYM UROCZYM MIEJSCU, (CENY TAK ZROZNICOWANE ZE KAZDA KIESZEN SIE TU ODNAJDZIE), TAK SAMO Z ZAKWATEROWANIEM, ALE O TYM BEDZIE JESZCZE MOWA. NAPIC SIE TEZ MOZNA W WIELU MIEJSCACH PYSZNEJ KAWY (TO MOJA SLABOSC, DOBRA KAWA:). MOZNA WCIAZ ODKRYWAC NOWE ULICZKI, UDAC SIE NA KONCERT JEZZOWY ALBO REGGAE I PRAWIE ZAWSZE GDZIES GRANA JEST MUZYKA NA ZYWO I...


NO WLASNIE MIALO BYC KROTKO I RZECZOWO I ZNOW SIE NIE DALO, ALE O UBUD MOZNA PISAC I PISAC, BO ATRAKCJI JEST WIELE I PRAGNE PODKRESLIC, IZ DALEKO TU DO TYPOWO TURYSTYCZNEGO OSRODKA... NA SZCZESCIE, CHOCIAZ BULE(CZYLI BIALYCH LUDZI)KRECI SIE PO ULICACH MIASTA CALKIEM SPORO...


NIE MA NIESTEY ILUSTRACJI W POSTACI ZDJIEC DO MEGO TEKSTU, ALE PRACUJE NA NIE SWOIM KOMPUERZE I NIE UMIEM ZMNIEJSZYCH NA POTRZEBY PUBLIKACJI ZDJEC...ZDJECIA DODAM NA PEWNO ZA PARE DNI, TAK SAMO JAK KOLEJNY TEKST I ZGADNIJCIE CO? BEDZIE ZNOW O UBUD I WSPANIALYM MIEJSCU, KTORE ODKRYLAM W UBUD, W KTORYM KIEDY SIE ZNALAZLAM MIALAM WRAZENIE, ZE JESTEM W RAJU...:)


CDN

08:56, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7