RSS
niedziela, 15 stycznia 2012
Ach ta Barcelona…

 Tuż przed końcem starego roku udało mi się zajrzeć po raz pierwszy do Hiszpanii i to od razu do wymarzonej Barcelony. Od czasów filmu Woody Allena „Vicky Cristina Barcelona” jeszcze bardziej zapragnęłam tam się znaleźć. Ach gdzie ja bym nie chciała pojechać...:).Film, pomijając genialnego Allena, przedstawił Barcelonę, jako miasto pełne świeżości, tak różne od innych europejskich miast jak Paryż czy Rzym, zwariowane i obłędnie piękne poprzez oryginalną architekturę oraz widoki.


 Spędzony czas był balsamem dla mej zmęczonej i znerwicowanej ostatnimi kłopotami duszy. Udało się odciąć trochę w samolubny, jakkolwiek, sposób od wszystkiego. Co chwilę piękne miejsca i widoki napajały spokojem i radością. To miasto o tak zaskakujących miejscach, że myślisz już wszystko widziałeś, już nic nie zaskoczy, a tu wychodzisz i po chwili znów coś co pozostaje w pamięci na długo. Wszystko to okraszone piękną, słoneczną, umiarkowanie ciepłą, hiszpańską pogodą. Ponieważ w Hiszpanii byliśmy tuż po świętach, udało się załapać na świąteczne ozdoby i dekoracje, których miasto nie pożałowano.


Nocowaliśmy w dzielnicy Barcelonetta, w hoteliku Nuevo Colon, godnym polecenia, małym, czystym hotelu, z bardzo dobrą lokalizacją. Pokój za 50 euro za dwie osoby, z łazienkami na korytarzu w takiej ilości, że nie było problemu ze skorzystaniem. W pokoju umywalka, z czystymi ręcznikami i balkonem oraz ogrzewaniem, co w wieczorne zimowe dni bardzo się przydało. W recepcji spokojnie można poprosić o suszarkę do włosów, korkociąg do wina, przełączkę do kontaktu. Dostępny Internet na terenie hotelu także należy do atutów. Dla kogoś kto chce się w czystym hotelu przespać, wykąpać i zależy mu na dobrej lokalizacji, polecam!!!

Hotel nie znajdował się nad samym morzem, ale i nie szukaliśmy takiej lokalizacji, bardziej miejsca idealnie położonego strategicznie do naszych codziennych wypadów. A było ich sporo. Było chyba wszystko: szlagierowe, ale zdecydowanie obowiązkowe miejsca typu Parc Guell czy Sagrada Familia. Piękne place i alejki do spacerowania, może niekoniecznie La Rambla. Miejsce to było dla mnie trochę takim wiele hałasu o nic, bo miejsce sympatyczne na spacer, a i owszem, ale po co tam tyle ludzi. Skoro nie mogę spokojnie pospacerować, by nie wpaść na kogoś lub uważać, by mnie nie zdeptano, to ja dziękuję za takie atrakcje…

 

Uciekając od tłumów da się w Barcelonie znaleźć miejsca osamotnione, chociażby jedno z wielu wzgórz, które otaczają miasto. Jest ich sporo i prócz słynnego i obowiązkowego Montjuic czy Tibidabo są jeszcze inne wzgórza, po których można spokojnie spacerować i napajać się widokiem panoramy miasta oraz zielonymi parkami. Polecam spacer promenadą wiodącą w stronę kolumny Kolumba, mniej klaustrofobiczna i zatłoczona alternatywa dla la Rambli. Spacer deptakiem przy morzu jest również miłym i odświeżającym doznaniem.


Sagrada Familia podobnie jak Taj Mahal w Indiach nie rozczaruje. Są duże oczekiwania ale i duże doznania. Nie przeszkadzają nawet tłumy oglądaczy. Na pewno dzięki wielkości miejsca, w którym podobnie jak przy słynnej budowli z Indii, można poczuć się malutką mrówką, która znalazła się w miejscu niezwykłej urody. Sagrada zachwyca z zewnątrz i zdecydowanie polecam uszczuplić swój portfel o 12 euro za bilet i stanąć w gigantycznej kolejce, której końca nie widać, niemniej zadziwiająco szybko się posuwającej, by zobaczyć wielkie dzieło wewnątrz. W środku spędziliśmy kilka godzin trzymając głowy w górze podziwiając niezwykłe rozwiązania architektoniczne i niepowtarzalny styl Gaudiego. Zachwycają proste rozwiązania w połączeniu ze światłem przenikającym do wnętrza świątyni powodując niesamowite rezultaty kolorów tęczy. Z zewnątrz Sagradę podziwialiśmy kilkakrotnie, z rana, w południe i wieczorem. Za każdym razem zachwycała. Jedyne do czego można i należy się przyczepiać to wszechobecne dźwigi wyrastające wokół niczym las palm. Powiem szczerze, że dawno nie widziałam takiego natłoku dźwigów w jednym mieście. Są wszędzie. Mało tego wszędzie w Barcelonie, zabytki i kościoły są remontowane lub konserwowane. Bardzo dobrze, bo tak trzeba, ale wszystkie naraz!!! Nie można zrobić ujęcia, by nie było na zdjęciu mało atrakcyjnych dodatków. Więcej dźwigów jest chyba tylko w Dubaju, no ale tam non stop coś budują, dobudowują i powiększają…



Niezapomnianym doświadczeniem jest również wycieczka poza Barcelonę, 50 km pociągiem, do pięknie położonego klasztoru w Montserrat. Na jeden dzień można wyrwać się z zatłoczonego miasta i spędzić go w urokliwym miejscu. Można tam  znaleźć wszystko. Ciekawie położony klasztor o pięknym wnętrzu, wspaniałe góry oraz ścieżki umożliwiające chodzenie i wspinanie się, a także ciszę i spokój.


I na koniec z top atrakcji w Barcelonie polecam piękne przedstawienie fontann grających i mieniących się mnóstwem kolorów i barw. Zostawiliśmy sobie to na sam koniec w ostatni wieczór i było to piękne domknięcie i ukoronowanie całego cudownego i magicznego wyjazdu do Barcelony.

Ach ta Barcelona, trzeba tam wrócić…kiedyś…J

16:28, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 stycznia 2012
Powrotu trzeba się bać, bo 13 w piątek?!

13 w piątek to dobry dzień, by np. wrócić do pisania… bloga. Który to już raz obwieszczam powrót? Nie ma sensu liczyć. Trzeba iść do przodu, tym bardziej że zaczął się nowy rok, pełen nadziei i wiary, że będzie to rok pomyślny, udany, szczęśliwy… Wam tego życzę z całego serca. A sobie czego życzę? Natchnienia, skupienia na rzeczach istotnych, nieprzejmowanie się rzeczami nieistotnymi, otaczania się wartościowymi, inspirującymi ludźmi, utrzymywanie kontaktów z przyjaciółmi i wzajemnie się wspieranie, realizowania się na wielu płaszczyznach, oczywiście jako rasowa podróżoholiczka, życzę sobie wielu podróży. Oj wielu, bym miała o czym pisać na blogu. Chyba nie pobiję osiągnięcia z zeszłego roku, wcale niezamierzonego. Nie wiem jak to możliwe, ale w zeszłym roku chyba osiągnęłam maxa, a na pewno rekord. Kalkulacje podają liczbę 13 (ach znów 13, co za fatum dziś z tą liczbąJ)…Tak, w zeszłym roku byłam w 13 krajach. Sama nie mogłam uwierzyć, kiedy wyliczałam, ale nie chce być inaczej: Indie, Nepal, Polska, Włochy, Watykan, Egipt, Jordania, Izrael, Słowacja, Serbia, Czarnogóra, Wielka Brytania, Hiszpania .

 W sumie 13 jest piękną liczbą. Dziś w piątek w Anglii świeci piękne słońce( znów jest szansa na grę w tenisa). Poza tym zostało 10 dni do powrotu do Polski. 13 różnych miejsc odwiedziłam w zeszłym roku. Ale najważniejsze jest, że dziś 13 w piątek, moja przyjaciółka imienniczka ma urodziny. Kochana życzę, ci by dzień był wyjątkowo udany dla Ciebie, byś doznała szczęścia, które towarzyszyć ci będzie cały rok. Byś zawsze wyglądała tak jak wyglądasz czyli na 18, 5(my Karoliny to mamy dobre geny, co nie).Jesteś wyjątkowym człowiekiem i kocham cię bardzo, wcale nie dlatego, że masz urodziny przede mną i jesteś starsza o całe dwa tygodnie…J

Och te powroty. Wracam na bloga, wracam do Polski, wracam do rodziny, przyjaciół, wracam do walki o swoje życie…J Powroty są piękne i kryją w sobie sporo niewiadomych, trochę obaw, nadziei i możliwości na więcej, a jak wiadomo apetyt rośnie w miarę: pisania, podróżowania i …każdy może dopisać w myślach z czym jeszcze kojarzy mu się powrót…

Panie i panowie rok 2012 czas oficjalnie zacząć…J

12:58, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 maja 2011
Jedną nogą tu, a drugą tam… czyli rozterki podróżoholczki.

Za każdym razem kiedy wracam do Polski me serce raduje się przeogromnie. Podobnie jest wtedy, gdy pakuje się w kolejną podróż lub do pracy. Wtedy również radość i ekscytacja dominuje. No właśnie i o to się rozchodzi. Uwielbiam jeździć, podróżować i wszystko co się z tym wiąże: wszystkie przygotowania, obmyślania planu i organizowanie. Lubię to. Lubię wracać też z podróży i cieszyć się tym co mój ojczysty kraj ma do zaoferowania. Naprawdę, Polska ma dużo pięknych rzeczy i miejsc. A jeszcze piękniej dostrzega się je, gdy się ich dłuższy czas nie widzi. Lubię powroty do przyjaciół i rodziny. Z utęsknieniem czekam na pogawędki z nimi oraz dzielę się nowymi doświadczeniami i emocjami z podróży.

Nieco ponad rok temu wróciłam z Indonezji po półrocznym pobycie(długie opisy mojej indonezyjskiej egzystencji można prześledzić zaglądając do wpisów wstecz). Wracałam do Polski przez Londyn. Nie odmówiłam sobie pozostania kilku dni w mieście, by po raz kolejny nacieszyć się Anglią, tym bardziej że tym razem podczas wizyty udało mi się zwiedzić również coś poza Londynem czyli zamek Windsor w Berkshire i Stonehenge.

Po powrocie do Polski, w połowie lutego i w samym środku zimy okazało się, że jest… nienajgorzej. Ostrzegano mnie przed zimnem i szarością. Ale ja z powrotu do Polski cieszyłam się, bo gdy już przebolałam fakt, iż nie mogę dłużej pozostać w Indonezji, zobaczyłam plusy pobytu w ojczyźnie. Po długim okresie gorąca i zupełnie innych warunków kulturowych, powrót do ciepłego domku, własnej kołderki i kapciuszków, nie był taki straszny. A krajobraz za oknem śliczny. Wszędzie biało i co prawda bardzo zimno, jakieś 100 stopni na minusie, ale nie musiałam nigdzie początkowo wychodzić, więc zachwycałam się przez pierwsze dni zupełną zmianą wszystkiego… I mama traktowała mnie jak gościa honorowego spełniając moje małe zachcianki…J

Po miesiącu cieszenia się Polską jechałam już do Berlina. Miałam tam znajomych poznanych w Indonezji, a że blisko i że jeszcze w Berlinie nie byłam, chętnie na kilka dni wyskoczyłam. Słyszałam dużo o tym mieście, głównie mało pochlebnych opinii, że brudno, że bez charakteru, że nieprzyjemnie. Absolutnie się tym nie przejmowałam. Lubię na własnej skórze przekonywać się, tym bardziej że wiele razy było odwrotnie niż mówiono. I faktycznie tak było i tym razem. Berlin mnie zaskoczył bardzo pozytywnie. Duże, ciekawe miasto, czyste, nowoczesne i bardzo różnorodne. I przede wszystkim znów gdzieś jechałam, coś nowego odkrywałam mogąc nałóg podróżniczy zaspokoić chociaż na chwilę.

Nie nacieszyłam się długoterminowym pobytem w kraju. Po sześciu tygodniach od powrotu z Indonezji, pakowałam się do pracy w Egipcie, by powrócić do pracy pilota, przewodnika i prowadzić wycieczki do Jerozolimy oraz Petry w Jordanii. Praca, którą lubiłam, kierunki, które doskonale znałam. Trochę tylko smutno, że nie jest to nowy kierunek, gdzieś gdzie jeszcze nie byłam. Ale najważniejsze, że znów gdzieś jechałam, bo czułam poważny głód do podróżowania, nawet jak był to wyjazd do pracy. Myślałam sobie, zawsze będzie czasem dzień wolny i skoczę coś zobaczyć, tak tylko dla siebie.

Po zaledwie dwóch miesiącach pobytu w Sharm El Sheikh w Egipcie, znów pakowałam się, bo przenoszono mnie do Izraela. To było bardzo dobre rozwiązanie. Bliżej Izraela już być nie mogłam. Dzięki temu jeszcze więcej mogłam dowiedzieć się o Izraelu i prywatnie, w czasie wolnym penetrować.

Po czterech miesiącach pracy w Izraelu skończył mi się kontrakt i przyszedł czas na długo wyczekiwany urlop. W listopadzie krótki wypad w góry do Zakopanego, ale najważniejsze dopiero przede mną.

Podróż tą wymyśliłam i zaplanowałam po powrocie z Indonezji i wreszcie przyszedł czas na realizację. Wyjazd na dwa miesiące. Kierunek-Indie. Nie mogłam się doczekać. Myślałam, wow, dwa miesiące to taka namiastka Indonezji i miałam nadzieje, że będzie tam podobnie. I ruszyłam. Zaledwie miesiąc po powrocie z Izraela już jechałam z plecakiem do Indii, po raz pierwszy w tamtą stronę. Podczas wyprawy do Indii zwiedziliśmy również wspaniały Nepal. Wyjazd się udał. Objechaliśmy całe Indie, a jak wiadomo nie jest to kraj mały. Jest potężny, jakby cała Europa. Było cudnie, ale bywało też ciężko. O Indiach poświęcone będzie parę postów w najbliższej przyszłości, bo to dłuższa historia.

 Po dwóch miesiącach w Indiach i Nepalu powrót do kraju był już wyczekiwany. Po problemach żołądkowych, niestety kuchnia indyjska w zmasowanej wersji okazała się ciężka dla żołądka, doszły do tego problemy ze zdrowiem w postaci dwóch ostrych chorób. Trudno powiedzieć co to było, dlatego powiem, że wszystko naraz: gorączka, męczący kaszel non stop, brak głosu w pewnym momencie, katar, ból głowy, gardła i oznaki braku chęci do życia. I tak było dwa razy podczas dwóch miesięcy w Indiach!!! To wszystko przez cholernie zimne pociągi indyjskie. Tak więc powrót był wyczekiwany, chociaż Indie okazały się kolejną perełką w mych skarbach podróżniczych.

Mimo że od powrotu do kraju z Indii minęły trzy miesiące międzyczasie prócz małej podróży w głąb Polski, odwiedziłam Rzym. Kilkudniowa wyprawa do tego jednego z najpiękniejszych miast w Europie była wspaniałym otwarciem rozpoczynającej się wiosny, porą roku w wielu zakątkach świata praktycznie nieistniejącą. Tym bardziej radość obcowania z wiosną i to jeszcze w Rzymie, a także później w Warszawie była i jest kolejnym dowodem potwierdzającym rozterki podróżoholiczki czy woli być tu czy tam. Jedno jest pewne, na pewno lubi być w ruchu…J, bo przecież „PODRÓŻOWAC TO ŻYC” idąc zgodnie za słowami Hansa Christiana Andersena.

 

13:07, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011
Życie jest cenne. Jak konflikt palestyńsko-żydowski przemienić w pokojowe współżycie?

To tytuł filmu, który oglądałam parę dni temu w kinie. Pierwsza część tytułu wydaje się oczywista, ale nie dla bohaterki filmu. Kobieta walczy o życie umierającego syna, jednocześnie deklaruje przy postawionym jej pytaniu, czy życie jest cenne? iż dla niej życie nic nie znaczy. Nawet życie jej syna, o które teraz tak zażarcie walczy. Bo gdy przyjdzie czas, jej syn stanie do walki i będzie musiał oddać swe życie w imię Allacha. Dla niej życie jest nic nie warte, tak samo jak dla wielu innych Palestyńczyków żyjących w bardzo ciężkich warunkach i w ciągłym niebezpieczeństwie.

Konflikt żydowsko-palestyński nie był głównym tematem filmu. A raczej był, tylko przedstawiony w inny sposób. Reżyser skupił się na opisaniu obrazka, przedstawiając pewną palestyńską rodzinę mieszkającą na co dzień w Strefie Gazy, która walczy o życie swego synka czekającego na przeszczep szpiku kostnego. Podczas całego długiego procesu ratowania chłopca związanego z wieloma komplikacjami min.  z dawcą i przyjęciem się  przeszczepu, (po tym jak w cudowny sposób znajduje się darczyńca z pieniędzmi okazujący się izraelskim Żydem), obnażone są smutne prawdy. Kobieta, matka dziecka mówi otwarcie, że tam skąd ona pochodzi i gdzie żyje, życie ludzkie nie ma wartości i że wszystko nie ma sensu. Reżyser jest załamany takim obrotem sprawy, gdyż tyle osób zaangażowanych jest w ratowanie jej syna, a ona tak stawia sprawę. Potem okazuje się, że nie jest to cała prawda. Że kobieta boi się powiedzieć to co naprawdę myśli, gdyż w innym razie będzie miała problemy po powrocie do domu wśród ludzi, którzy i tak uważają ją za kogoś kto i tak już brata się z wrogiem.

Film obnaża beznadzieje tego co się dzieje w tamtej części świata. Podczas, gdy ratowane jest życie jednego dziecka, w tej samej chwili giną albo ranione są poważnie setki innych dzieci, w czasie nalotów Izraelczyków. Zaangażowanych w ratowanie tego jednego palestyńskiego dziecka jest tak dużo osób, które mogłyby ratować wielu innych. Matka musi mówić o poświęceniu życia swego ratowanego dziecka, o tym że syn musi żyć, by mógł umrzeć jak przyjdzie pora, bo tak trzeba powiedzieć. Mówi o nienawiści do Izraela, kraju w którym przebywa jej leczone właśnie dziecko, leczone przez izraelskiego lekarza. A potrzebne pieniądze przekazuje izraelski anonimowy darczyńca!!! Te paradoksy pokazują jednocześnie, iż mimo że jest ciężko, to jednak w chwili, gdzie dzieje się źle, pojawiają się osoby, które są w sanie wyciągnąć pomocną dłoń nie zważając na różnice.

Wszystko to pokazuje jak ciężki i bardzo trudny jest ewentualny pokój między zwaśnionymi stronami. Przynajmniej na razie. Jak wiele problemów i trudności oraz murów i to nie tylko tych betonowych, jest do pokonania, by mogły nadejść zmiany, by życie ludzkie dla wielu tam ludzi stało się cenne, co przecież z założenia powinno być wartością bezcenną i bezdyskusyjną. Ale nie jest…

Ciekawa była też debata po filmie ze znawcami tematu.  Byli na niej między innymi reżyser filmu Shlomi Eldar, izraelski dziennikarz oraz Tamir Halperin, animator działań społecznych związanych z kwestiami izraelsko-palestyńskimi i jak się miało wkrótce okazać, główny obrońca ludzi ograniczonych murem bezpieczeństwa, oddzielającym Izrael od Zachodniego Brzegu Jordanu. Zarówno reżyser jaki i pan Tamir byli zgodni, że zmiany są potrzebne i że Izrael nadużywa działań w stosunku do Palestyńczyków. Pikanterii rozmowie dodano, kiedy obaj panowie zaczęli analizować przyczyny budowy muru bezpieczeństwa i okazało się, że reżyser popiera budowę muru tłumacząc jego znaczenie bezpieczeństwem. Natomiast pan Tamir, który urodził się w Izraelu, w ortodoksyjnej rodzinie żydowskiej, który wiele lat spędził w USA i który odbywał w Izraelu służbę wojskową z tzw. poczucia obowiązku, z której się wycofał po tym jak zobaczył traktowanie Palestyńczyków, odważnie powiedział, że mur i jego budowa była ogromnym błędem i nie przyniosła żadnych korzyści. Od tego momentu zaczęła się ostra wymiana zdań.

Dla mnie było to coś niesamowitego. Po raz pierwszy widziałam, by dwóch Żydów kłóciło się o mur. Mieszkając w Izraelu przez kilka miesięcy oraz od kilku lat pracując na tym obszarze, nigdy czegoś tak bezpośrednio, nie doświadczyłam. I to było dla mnie najcenniejsze co wyniosłam z tego spotkania. A co takiego? Nadzieję, że może będą kiedyś konkretne zmiany na tym obszarze, co na pewno nie będzie łatwe, ale chodzi o liczne życia ludzkie, a jak wiadomo życie jest BEZCENNE, tym bardziej warto starać się, by zmienić obecny obraz i by ludzie tam żyjący też mogli w uwierzyć, że ŻYCIE JEST CENNE…

20:57, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 maja 2011
Blogowa abstynencja- zdarza się nawet najlepszym…:)

Wczoraj był dzień świąteczny. Po 15 miesiącach zakończyłam swoją blogową abstynencję… Czemu akurat stało się to wczoraj? Dobre pytanie. Ostatnio uświadomiłam sobie kilka rzeczy. Po pierwsze, w moim życiu czegoś brakuje i jest puste. A kiedy po wielu miesiącach zajrzałam nieśmiało na swojego bloga bojąc się, że to co przeczytam, zupełnie mi się nie spodoba, miło się rozczarowałam. Ponieważ ostatnie teksty pisałam z Indonezji,  bałam się, że nie odbiorę ich tak jak kiedyś,  że nie będą dla mnie tym czym były kiedyś. Pomyliłam się. Zaczęłam czytać i nie mogłam przestać. To było genialne!!! To znaczy nie to co napisałam, bo tu obiektywnie mówić nie mogę. Genialne było to, że zdałam sobie sprawę, iż mam super pamiątkę z czasów mego niesamowitego szczęścia mieszkania w Indonezji i że było mi tam tak dobrze. Od razu wszystkie wspomnienia powróciły i stanęły mi przed oczami jak żywe. Nie spaliłam się również ze wstydu czytając teksty pisane prawie dwa lata temu. Powiem tak, myślałam, że będzie gorzej…

 I znalazłam się w punkcie, gdzie zrozumiałam, iż muszę do tego wrócić, koniecznie,  że przecież to kocham i że to pamiątka na całe życie, a jak wiadomo pamięć bywa zawodna. I nawet kilka osób się  ucieszyło z mojego come backu...:)

Wszystkie te czynniki spowodowały, że w tej chwili piszę drugi tekst. Nie jest łatwo wdrożyć się ponownie, szczególnie po dłuższej przerwie, ale nie jest też beznadziejnie. Oczywiście łatwiej jest chyba pisać w podróży, kiedy wszystko jest na świeżo, ale takie pisanie nie jest wcale gorsze. Wymaga to chyba większej determinacji, ale za to  spostrzeżenia i odczucia stają się bardziej zdystansowane czytaj prawdziwsze. So Here I Am, reaktywacja podróżoholiczki po ponad roku i chociaż próżnowałam z pisaniem bloga, to bynajmniej nie próżnowałam z podróżowaniem i zamierzam parę słów na ten temat spłodzić.

Jeśli ktokolwiek ciekaw, serdecznie zapraszamJ.  

17:41, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2011
CO TO ZNACZY BYĆ PODRÓŻOHOLICZKĄ?!

Co to znaczy być podrożoholiczką??? No cóż, pierwsze co przychodzi na myśl, to chyba odpowiedź typu: ,,Jak to co, podróżowanie, jak się da i ile się da”. No tak, to na pewno. Ale jeśli nie można zarabiać na życie podróżowaniem, to trudno podróżować tak swobodnie cały czas…

Wydaje mi się, iż tytuł, Podróżoholiczki, który nadałam sobie jakieś czas temu i który stał się później nazwą dla mojego bloga, trochę bardzo mnie determinuje. Wcale nie chodzi o to, że w ciągu ostatniego roku moja stopa znów zahaczyła o jakieś 10 zakątków świata. Ani to, że w sumie uzbiera się już okrągła sumka miejsc, w których do tej pory zawitałam.  Ani to, że wciąż chcę więcej i planów nie widać końca… Raczej chodzi o to, że nawet jak fizycznie nie podróżuję, że kiedy nie mogę wsiąść do samolotu czy pociągu byle jakiego i ruszyć z plecakiem i poznawać nowe zakątki, kultury, religie oraz ludzi, to mimo to w jakimś sensie wciąż podróżuję. A jak? Dzięki książkom, gazetom, blogom oraz filmom podróżniczym. Dzięki opowieściom innych ludzi, powracających  z wypraw i oglądaniu ich zdjęć  i słuchaniu ich anegdotek.  Między innymi dzięki temu mogę wciąż być w podróży, kiedy widzę wystawy z przeróżnych zakątków świata oraz samej, wracając do swych wspomnień z podróży…

Ktoś powie, „To nie to samo. To za mało.” Może tak, na pewno, ale dla człowieka, który dużo zobaczył, ale na szczęście wciąż znacznie więcej przed nim, to w pewnym sensie jest to jakiś substytut. A przez własne podróżnicze doświadczenia mogę starać się zobaczyć i nieraz poczuć te miejsca oraz zbliżyć się do nich. I na pewno czegoś nowego dowiedzieć oraz nauczyć, co pozwala na rozwijanie i czerpanie inspiracji…

Dla mnie to wszystko ma niesamowity wymiar, który czasem dostaje się do mej podświadomości. I często łapie się na tym, iż kiedy podróżuję, to  jeszcze w trakcie odbywanej wyprawy, myślę już o kolejnej. I kiedy jestem na zakupach i mam dylemat czy kupić książkę związaną z tematyką podróżniczą lub kraju, który mnie fascynuje, czy zdecydować się na zakup jakiegoś ubrania (bo fundusze w danej chwili są ograniczone), to często wygrywa to pierwsze. A jak kupuje jakiś ciuch, to podświadomie zastanawiam się czy przyda mi się w podróży i czy nie jest za jasny oraz czy będzie wygodny. A gdy pada wybór na książkę, to też gabarytowo próbuje ją dopasować do plecaka, tak by nie okazała się zbyt wielkim balastem i ciężarem dla mych pleców…

Dużo kręci się wokół mej pasji. Na szczęście najbliższa memu sercu osoba będąca moją pokrewną duszą, posiada podobne fascynacje, dzięki czemu świat staje się łatwiejszy do zniesienia, nawet kiedy czasem zabraknie w nim największego narkotyku jakim jest faktyczne podróżowanie…

23:24, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lutego 2010
SUDAH, BULE MAU KE MANA? CZYLI KONIEC Z PYTANIEM „BIAŁY CZŁOWIEKU, GDZIE IDZIESZ?”

Tego pytania prędko nie usłyszę. Tak, stało się. Dziś opuściłam ziemię indonezyjską wyjeżdżając dokładnie po 6 miesiącach. I siedzę sobie w tej chwili na lotnisku w Dubaju i myślę, że czegoś brakuje… No właśnie, pytania, które padało w Indonezji co kilka minut. -Dokąd idziesz?- Indonezyjczycy można by powiedzieć są bardzo ciekawscy, ale taka ich natura. I pytanie gdzie idziesz, jest tak podstawowe, jak dla Amerykanów -how are you?-. Z tą różnicą, iż w Stanach, kiedy pytają jak się masz, to nikt nie spodziewa się usłyszeć nic innego, tylko „I am fine, thank you”. Nawet jak nie jest to prawda. Oczywiście osobę pytającą nie interesuje stan faktyczny. Bardziej jest to pytanie grzecznościowe, rozpoczynające dialog. W Indonezji jest inaczej. Tutaj, na pytanie-gdzie idziesz ?-, chcą wiedzieć, gdzie, z kim, po co i dlaczego. Wścibska natura? Raczej normalne. Tak samo, jak często zadawane pytanie -czy masz męża?-. Osobiste trochę to prawda, ale nie dla nich.  To jest trzecie w kolejności pytanie, kiedy się kogoś poznaje i broń Boże powiedzieć, że się nie ma. Trzeba dyplomatycznie odpowiedzieć BELUM czyli o zgrozo, - jeszcze nie-…

 

Siedzę sobie właśnie na lotnisku w Dubaju, 4 godziny, czekając na samolot do Londynu, myśląc o tych wszystkich niuansach indonezyjskich, które kilka godzin temu zostawiłam za sobą. We wspomnieniach  są wciąż bardzo świeże. Rozglądam się wokoło. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tylu białych ludzi w jednym miejscu. Chyba pół roku temu, kiedy opuszczałam Europę. W Dubaju na lotnisku jest tłoczno(mimo że jest pierwsza w nocy), bo Emiraty mają bardzo obszerną ofertę połączeń z całym światem, a i warunki, które zapewniają nie są najgorsze(chodzi mi o samolot, z wygodnymi siedzeniami i jedzenie serwowane też nie najgorsze) a i cena przystępna…Spokojnie mogę polecić…

 

A ja, po opuszczeniu mojej Indonezji, myślę czego najbardziej będzie mi brakować. Wszyscy mówią przygotuj się na zimę stulecia w Europie. Jest zimno i ciągle pada. Tylko, że taka odmiana mi odpowiada. Wierzcie, słońcem, upałem, duchotą też można się zmęczyć…Więc słońca może niekoniecznie. O jedzeniu nawet nie wspomnę. Od tygodni śni mi się po nocach polska kuchnia, babcine pierogi z kapustą, ulubiona sałatka z tuńczykiem i ulubionymi warzywami oraz mięso, dużo mięsa. Ale nie jakiś tam kurczak, tylko czerwone mięso np. schabowy. Muszę zmienić temat i to szybko, bo zaraz się rzucę jak kanibal na jakiegoś białego. Cóż, ostatecznie wracam z „buszu”.

Za lekcjami z języka też nie będę tęsknić. Czego miałam się nauczyć to już nauczyłam…Oczywiście jest mnóstwo rzeczy, których będzie mi brakować  oraz osób, nowych przyjaciół, których zostawiłam w Indonezji. Ale na razie o tym nie myślę. Jestem podekscytowana powrotem i spotkaniem z rodziną i przyjaciółmi…

 

Wpis ten nie jest również żadnym podsumowaniem. Po pierwsze nie skończyłam opisywać Indonezji. Jeszcze o wielu miejscach nie zdarzyłam wspomnieć i mam jeszcze wiele spostrzeżeń. Poza tym ciekawa jestem, jak będzie mi się pisało o Indonezji nie będąc w Indonezji. A jeśli chodzi o podsumowania to też przyjdzie czas, może nie koniecznie dziś. Na razie jestem oszołomiona wczorajszym spotkaniem ze znajomymi, którzy przygotowali mi piękne pożegnanie. Były łzy, prezenty oraz obietnice powtórnego spotkania. Wciąż nie mogę uwierzyć. Kilka godzin temu byłam jeszcze tam, a już jestem w Dubaju, w którym również mieszkałam i mam sentyment, a zaraz będę w Londynie, który bardzo lubię. No i Polska, gdzie czeka na mnie sporo osób, a ja czekam by ich zobaczyć. Więc na podsumowania będzie czas. Ale pisania o Indonezji jeszcze nie zakończyłam. Jako zupełna Indomaniaczka albo, jak kto woli Indowariatka, mam jeszcze parę rzeczy do powiedzenia… I chociaż nie usłyszę w najbliższym czasie pytanie, gdzie idę, a na pewno nie po indonezyjsku, to Indonezja jeszcze długo pozostanie w moim sercu, a wspomnienia będą świeże i intensywne…

23:11, karolinarossowska
Link Komentarze (2) »
czwartek, 11 lutego 2010
W 4 DNI DOOKOŁA BALI... cz. 3

Rano w czwartym dniu podziwiałyśmy piękne wodospady w miejscowości Gitgit...

Wodospady te są jednymi z najbardziej spektakularnych na całej wyspie...

Pusto, żadnych turystów, można było znów bez przeszkód zachwycać się miejscem...

I kolejny wodospad w tej miejscowości, tym razem podwójny, tak zwane bliźniaki, robiące duże wrażenie...

I wciąż mijałyśmy pola ryżowe i pracujących na nich rolników...

Jadąc po drodze przy lesie spotkałyśmy biegające małpy, które czekały na dary...brały wszystko: banany, arbuzy, cukierki...nie były wybredne wcale:)

Jedna z wielu świątyń, którą mijałyśmy w czasie naszej kilkudniowej wyprawy... 

W tej oklicy położonych jest kilka jezior:Bratan, Buyan i Tamblingan...

Jednym z ostatnich punktów była cudnie położona XVII- wieczna świątynia Pura Ulun Danu Bratan czyli hinduistyczno-buddyjska budowla położona na małej wyspie...

Ogladając ją miało się wrażenie, iż unosi się na wodzie, otoczona przez jezioro Bratan...Poświęcona bogini wody Devi Danu. W tym miejscu odbywają się modły z prośbą o deszcz dla wyspy sprzyjający rolnikom w uprawach ryżu rzecz jasna...

Jest to kolejna pięknie położona świątynia, którą oglądałyśmy.Różni się od innych tym, iż są tu elementy zarówno hindusityczne jak i buddyjskie...

Na Bali dominuje hinduizm, a świątynia jest świetnym przykładem połączenia obydwu religii czego efektem jest ta wspaniała świątynia Pura Ulun Danu Bratan co oznacza właśnie świątynie położoną na jeziorze Bratan...

Posumowując wyjazd był to strzał w dziesiątkę. Zobaczyłyśmy mnóstwo miejsc, przejechałyśmy ponad 400 km! Coż, po 4 dniach na motorze trochę pewna część ciała doskwierała, ale tylko przez chwilę:). Podróż motorami nie była bardzo kosztowna. Benzyna w Indonezji jest tania, litr kosztuje 4,500 rupii, czylo ok pół dolara. Samo wypożyczenie skuterów wyniosło nas po 35 000 za dzień(stargowałyśmy z 50 000). Trochę tylko czasem deszcz nam utrudniał podróż, no ale to są atrakcje, kiedy podróżuje się w porze deszczowej. Jeśli ktoś się wybiera do Indonezji i stawia na zwiedzanie, w miesiącach od połowy listopada do połowy marca, musi pamiętać, że pada i to sporo. Ale i tak warto, bo po deszczu wychodzi piękne słońce i znów jest bardzo przyjemnie...

Myślę, że kiedy wrócę pewnego dnia na Bali, powtórzę tę wyprawę i jestem pewna, że znów odkryje nowe, piękne i ciekawe miejsca na tej niewlekiej wyspie, prawdziwym raju na ziemi, który jak ktoś odkryje zakocha się z miejsca i może być pewien, że miłość będzie odwzajemniona w postaci gościnności samych mieszkańców oraz możliwości obcowania w cudownych zakątach wyspy...:)

09:36, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 lutego 2010
W 4 DNI DOOKOŁA BALI... cz. 2

Po południu w drugim dniu naszej podróży byłyśmy już na wschodnim wybrzeżu Bali w nadmorskiej miejscowości Amed.

Siedząc w kawiarni na plaży, odpoczywając chwilę od motorów, dowiedziałyśmy się przypadkiem o przepięknym odcinku drogi, kierując się na południe wzdłóż oceanu...

Nie zastanawiając się długo.Postanowliłyśmy zmienić kierunek udając się znów na południe, ale tym razem wzdłuż wschodniego wybrzeża. Miejsce jeszcze nie odkryte, więc byłyśmy jedynymi białymi w okolicy, wzbudzając zainteresowanie mieszkańców. Takich miejsc wciąż jest sporo na Bali, tylko trzeba o nich wiedzieć albo przypadkiem się dowiedzieć:)...

Widoki były faktyczne cudowne... i znów zdjęciom nie było końca.  

A droga nie zawsze łatwa. Bywała kręta, wąska i pod górę...

Dziką plaże w małej nadmorskiej miejscowości na wschodzie odnazałyśmy z rana w trzecim dniu wyprawy. Żadnych turystów, zupełnie nikogo...

I znów w trasie, tym razem kierowałyśmy się na północ. Takie wspaniałe widoki z polami ryżowymi to standart na wyspie, którymi nie sposób się znudzić. W oddali najwyższa góra Bali, Gunung Agung...

Po południu byłyśmy już nad wspaniałymi jeziorami...

Zachód słońca był tam nieprawdopodobny. Chcę tylko zaznaczyć, że zdjęcie to nie jest ulpeszane w żadnym fotoshopie...

To rówież...kolory zmieniały się co chwilę, znów zdjęciom nie było końca, zrobiłam ich chyba z milion...

Tak się w tym miejscy zakochałyśmy, że zostałyśmy na noc i rano po przebudzeniu podziwiałyśmy nie mniej spektakularny wschód słońca.

Nie chciało się stąd wyjeżdźać, a my nawet nie wiedziałyśmy kiedy, ale miałyśmy przed sobą ostatni czwarty dzień wyprawy,który dostarczył znów wielu wrażeń i pozwolił odkryć kolejne wspaniałe miejsca...

CDN

19:24, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
W 4 DNI DOOKOŁA BALI...cz. 1

Cofając się raz jeszcze wspomnieniami do Bali, podczas ostatniej wyprawy, razem z Anią, (znajomą, którą poznałam pół roku temu w Bogor), wybrałyśmy się motorami w 4-dniową wyprawę po wyspie. Muszę wspomnieć o tej części podróży, gdyż była niezwykła. Po pierwsze chciałam udowodniając Ani, że Bali to nie tylko plaże i dyskoteki. W Indonezji jest po raz drugi. Wcześniej była w wielu miejscach, ale Bali zawsze omijała, myśląc, podobnie jak wiele osób, że nie ma tam nic ciekawego. Kiedy dołączyła do naszej wyprawy, niechętnie na początku, ale zdecydowała się ostatecznie pojechać z nami na Bali. Chciałam pokazać jej prawdziwe Bali, to w którym ja się zakochałam. Dlatego po Nowym Roku spędzonym w Ubud, zdecydowałyśmy wypożyczyć motory na kilka dni i objechać wyspę.

Tak właśnie, motorami! I teraz w kwestii wyjaśnienia, wiem co mówiłam wcześniej na temat motorów, że nie lubię, że nigdy już nie wsiądę na motor, nawet jako pasażer, a tu nagle decyduję się na podróż i to sama będąc kierowcą! Cóż, po pierwsze to przełamałam się i po raz pierwszy zasiadłam za sterami tej maszyny podczas poprzedniego pobytu na Bali. Wszyscy jeździli na motorach i znajomy przekonał mnie bym spróbowała mówiąc, że na pewno mi się spodoba. Długo nie chciałam, obawiając się, że coś się stanie. Bałam się wyjechać na ulicę i to jeszcze przy obowiązującym w całej Indonezji lewostronnym ruchu! Nie balam się o siebie, bardziej o innych... Pewnego dnia nabrałam odwagi i faktycznie spodobało mi się. Zaczęłam jeździć, coraz bardziej odważnie, nigdy jednak nie wyjażdżając na ulicę. Nie byłam wtedy jeszcze gotowa na jazdę po mieście…

Dopiero, gdy zdecydowałyśmy się z Anią ruszyć w podróż po Bali, odważyłyśmy się podjąć wyzwanie. Ona też dopiero praktykowała swe umiejętności na motorze. Ponieważ brałyśmy plecaki, musiałyśmy wziąć dwa motory. Na jednym byłoby niewygodnie i mniej bezpiecznie. Obsługa motorów wcale nie jest trudna. To automaty, bardziej skutery, bardzo popularne w całym kraju. Trochę tylko bałam się jazdy ulicą. Nie mówię o znajomości przepisów(tu nikt ich nie stosuje), tylko o pamiętaniu trzymania się lewej strony! Było także niebezpieczeństwo złapania przez policję, która chętnie zatrzymywała bule, by wlepiać mandaty, a raczej "dorobić" do pensji. Aby legalnie jeździć trzeba mieć lokalne prawo jazdy, nawet międzynarodowe nie wystarcza. Ja nie miałam żadnego. Cóż, moje doświadczenie za kółkiem kończy się na 30 godzinach jazd próbnych i oblanym egzaminie. Na swoją obronę muszę powiedzieć, że był to mój pierwszy egzamin, i zżarły mnie nerwy. Następnym razem pójdzie mi znacznie lepiej, szczególnie po doświadczeniach w Indonezji:). Tak czy inaczej podjęłyśmy ryzyko kierując się powiedzeniem "do odważnych świat należy".

 

Ruszyłyśmy w podróż pełne obaw, ale jednocześnie podekscytowane licząc na wiele wrażeń. Był to bardzo dobra decyzja. Miałyśmy dużo szczęścia. O dziwo w ciągu 4 dni nie złapała nas policja ani razu. Pomogły kaski, które są wymagane, a wiele osób lekceważy nakaz. Jazda motorami to prawdziwa frajda. Jazda w zamkniętym samochodzie nie daje tylu wrażeń co motory. Przyjemny wiatr, nieprawdopodobne krajobrazy oraz coraz większa prędkość, bo i odwaga coraz większa z biegiem czasu, podnosząca adrenalinę. Żadnego wypadku większego nie było… Oraz ta swoboda, którą miałyśmy. Wszystko tradycyjnie bez planu. Dzięki temu zobaczyłyśmy mnóstwo wspaniałych miejsc. Wulkany, jeziora, liczne świątynie, wodospady, wybrzeża, wioski… Cóż, Ania przyznała rację, co do Bali. A ja utwierdziłam się w przekonaniu, że to fantastyczne miejsce,niesamowicie ciekawe i różnorodne.

Długo zastanawiałam się jaką formę przybrać opisu tej wyprawy i zdecydowałam, że najlepiej przedstawić ją za pomocą zdjęć. Żaden opis nie odda tych wszystkich cudownych miejsc lepiej niż zdjęcia. Zapraszam zatem do oglądania. Mam nadzieję, że spodoba się i że zapragniecie to wszystko zobaczyć na właśnie oczy. POLECAM!

...podróż dolinami, z widokiem na wulkan Batur i rzeki, wszystko to zapierało dech w piersiach. Zatrzymywałyśmy się co kilka minut kontemplujac widoki i robiąc zdjęcia. W czasie jazdy nie było wiadomo co robić, jechać czy obserwować i się zachwycać... było cudnie.

Droga Sidemana, wspaniałe widoki na pola ryżowe, ocean...

Następnie ruszyłyśmy na południe, by podziwiać jedną z piekniejszych tras czyli Siedeman Road. Na zdjęciu Ania na motorze, a ja tuż za nią, dzielnie prowadząc motor, zachwycając się widokami i robiąc zdjęcia:)... 

Schody oraz typowa brama hinduska, jedna z wielu na terenie potężniej świątyni Besakih, położonej we wschodniej części Bali.

Procesja ludzi udających się w stronę ołtarza z darami...

Miałyśmy okazję podgladać przygotowania do ceremonii odbywającej się na terenie świątyni...

Z rana świątynia była pusta, a my pogubiłyśmy się z lekka wśród licznych alejek. Na cały komplesk składa się kilkaset pomniejszych hinduskich świątyń...

Świątynia nazywa się Pura Besakih i położona jest w niedalekiej odległości od najwyzeszej góry na Bali, Agung o wysokości 3142 m.

Drugiego dnia z samego rana penetrowałyśmy jedną z największych świątyń na wyspie i jednocześnie jedną z najważniejszych nazywaną Matką Wszyskich Świątyń...

Widok jednocześnie na wulkan oraz jezioro. Jedno z piękniejszych miejsc na Bali, zresztą takich cudów natury na Bali jest cała masa.

Po opuszczeniu Ubud, w pierwszej kolejności udałyśmy sie w rejony gór centralnych wyspy czyli wulkan Batur oraz wspaniałe jezioro Batur...

 

 

 

18:01, karolinarossowska
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8