Blog > Komentarze do wpisu
I ZNÓW LOTNISKO.

Zaledwie dwa i pół miesiąca temu przylatywałam do Indonezji. Pełna przeróżnych obaw i nadziei. Zastanawiałam się jak będzie. Czy mi się tu spodoba? Jakich poznam ludzi? Czy odnajdę się w nowym miejscu w nowej roli? Wszystkie pytanie chodziły po głowie. Ale po wylądowaniu, na lotnisku w Jakarcie moją pierwszą obawą było, czy na mnie ktoś w ogóle czeka! W zasadzie nic dokładnie nie wiedziałam, jak to będzie wyglądać, prócz informacji, że ambasada w Polsce miała poinformować ludzi z programu stypendium DARMASISWA o moim przylocie. Podobno mięli przyjeżdżać po wszystkich studentów niezależnie czy przylatują w grupie czy osobno. Ja leciałam sama. Grupa Polaków, którą poznałam w Polsce przed wyjazdem miała bilety na dzień następny. Leciałam sama i trudno mi było sobie wyobrazić, że po jedną osobą będą specjalnie wychodzić na lotnisko. A jednak. Miła niespodzianka. Czekali na mnie i jak się okazało, również czekali na inne osoby, które leciały ze mną tym samym samolotem. W sumie 6 osób. Poznałam od razu na lotnisku dziewczynę z Rumunii, trzy osoby z Wielkiej Brytanii, dziewczynę ze Słowacji i jednego chłopaka z Madagaskaru.

 

Po dwóch i pół miesiącach znów znalazłam się na lotnisku w Jakarcie w zupełnie innych okolicznościach. Właśnie przyleciała moja siostra z chłopakiem. Na ten dzień czekałam długo. Specjalnie wyjechałam wcześniej, by się nie spóźnić. Bo korki, bo muszę znaleźć właściwy terminal, bo mnóstwo rzeczy się może zdarzyć po drodze. Wyjechałam z Bogor 2,5 godziny przed ich przylotem dowiadując się wcześniej, że podróż autobusem zajmie ok. 2 godzin, biorąc pod uwagę korki, które w Jakarcie się permanentne. Okazało się, że korków nie było i już po godzinie znalazłam się na lotnisku, co dało mi w sumie dwie godziny wyczekiwania. Ale wreszcie się doczekałam. Przylecieli cali i zdrowi. Adrian miał tylko małą potrzebę fizjologiczną, co prawie nie doprowadziło do tego, że o mało nie zostawiłyśmy go na lotnisku, ale po kolei.   

 

Kiedy czekałam na nich na lotniku, zabrało mi około pół godziny znalezienie odpowiedniej bramki, z której mięli wychodzić. Lotnisko w Jakarcie jest naprawdę ogromne. Wiedziałam tylko, że lądują na drugim terminalu. Nie oznaczało to jeszcze, że ich znalazłam. Musiałam znaleźć przyloty, a potem jeszcze odnaleźć strefę D, gdzie zgodnie z informacją na tablicy mięli wylądować.

 

Podczas czekania, a miałam dużo czasu, próbowałam sobie przypomnieć, jak to było, jak ja lądowałam i ile pamiętam. Okazało się, że nie pamiętam za dużo. Byłam trochę oszołomiona. Ponad 45 min czekałam na bagaż w myślach wyobrażając sobie, jak poradzę sobie bez rzeczy i ile czasu zajmie odnalezienie mojej walizki, jeśli się zgubiła. Oddałam ją w Londynie, a podczas lądowania w Dubaju i przesiadki mogło się przecież sporo zdarzyć. Mogła np. zostać w Dubaju pomylona z innym bagażem. Na szczęście nie było tak źle. Potem jeszcze zastanawianie się czy ktoś tam na mnie po drugiej stornie czeka i co ja zrobię, jak nikogo nie znajdę. Nie, że jestem taką pesymistą, ale wszystko w podróży szło mi bardzo pomyślnie dotychczas. Podczas tych prawie 30 godzin po opuszczenie polskiej ziemi nie miałam większych problemów z przesiadaniem się do kolejnych samolotów, autobusów, drzemkach kilkugodzinnych na lotniskach w oczekiwaniu na kolejny lot itd. Dlatego spodziewałam się, że wreszcie coś się musi zdarzyć np. zgubią mi bagaż lub zostawią na lotnisku. Oczywiście miałam plan B na zaistniałe okoliczności, ale nie był potrzebny. Wszystko poszło perfekcyjnie gładko.

 

A teraz stojąc na lotnisku, wspominając tamte chwile i myśli, które kłębiły mi się w głowie związane z pobytem i jak tu będzie, zastanawiałam się jak będzie po przylocie mojej rodziny. Czy im się spodoba? Czy będą zadowoleni? Czy to będą ich wymarzone wakacje? No cóż, moja część była taka aby tak właśnie to wyglądało. I kiedy wreszcie wylądowali i ich odebrałam, ruszyliśmy w stronę autobusu. Wtedy Adrian powiedział, że musi za potrzebą i że to pilnie. Kiedy kupowałam bilety spytałam grzecznie pani w okienku ile mamy czasu do odjazdu. Odpowiedziała, że mamy ok. 20 minut. Wtedy powiedziałam do Adriana, że mamy chwilę i niech leci. No cóż, droga do Bogor z lotniska była trudna do określenia, tym bardziej, że godzina wskazywała, iż korki mogą być potężne. I w sumie nie wiem ile będziemy jechać 2,3, a może nawet 4 godziny.

 

Kiedy Adrian udał się do toalety, ja z siostrą zapakowałam bagaże do autobusu i zajęłyśmy miejsca. Wtedy stało się coś czego nie przewidziałam. Autobus ruszył. Iza trochę spanikowała, że ruszamy, ale ja zażartowałam pytając, czy ona chciała zabrać Adriana, bo ja myślałam, że nie jest on już nam potrzebny. Jednak szybko uśmiech zniknął mi z twarzy, kiedy zorientowałam się, że naprawdę ruszyliśmy. Najpierw myślałam, że tylko zmieniamy miejsce i kiedy poleciałam do kierowcy, a on potwierdził, że ruszyliśmy, to w panice, zaczęłam mówić, że stop, że kiri (po indonezyjsku tak się mówi, kiedy się chce wysiąść), że człowiek tam został i że w ogóle STOP. Na początku kierowca nie planował się zatrzymać, a ja już myślałam że będę zmuszona go pobić. Bardzo niezadowolony zatrzymał się wreszcie, kiedy zdążyliśmy już przejechać kilkadziesiąt metrów. Na szczęście Adrian już pozałatwiał swoje potrzeby i szybko wróciliśmy do autobusu.

 

No cóż, przewidziałam wiele rzeczy: że mogą być korki, dlatego muszę być wcześniej, by znaleźć właściwą bramkę, by ich odebrać, by odnaleźć właściwy autobus, który zawiezie nas do Bogor, ale że zostawię jedną z dwóch osób, po którą przyjechałam, nie wzięłam pod uwagę wcale. Nie powiem, podczas swej pięcioletniej pracy jako przewodnik mając średnio tygodniowo 30-40 osób w grupie, nigdy nie zdarzyło mi się zostawić, chociażby jednej osoby.

 

Kiedy jechałam po siostrę na lotnisko miałam małe dejavu. Wszystko kojarzyło mi się to z odbieraniem turystów z lotniska i potem zajmowanie się nimi. Sprawdzanie czy wszystkie bagaże są z nami, czy nic nie zostawili, czy wszystko mają i później oczywiście zaczynaliśmy zwiedzanie. Tu sytuacja zupełnie podobna. Kiedy ruszyliśmy zaczęły się typowe pytania, a ile będziemy jechać? Jaki jest dziś program? Która jest teraz godzina? Kiedy coś zjemy? A co to za dziwna budowla, którą właśnie mijamy,(chodziło o meczet). Mimo ty wszystkich skojarzeń nawiązujących do pracy, którą bardzo lubiłam, tylko wiązało się to z dużym stresem i odpowiedzialnością, moja radość, że wreszcie ktoś mnie odwiedził i że to moja siostra, była olbrzymia. A kilka małych szczegółów, które wymknęły się spod kontroli np. o mały włos nie zostawiłam Adriana na lotnisku, wszystko to dawało mi poczucie, że nie jestem w pracy i nie musi wszystko być dopracowane na 100%. Ale ponieważ to są ich wymarzone wakacje, postaram się więcej już nikogo nie gubić i realizować nasz bogaty program, który przygotowałam właśnie na 100%.   

wtorek, 03 listopada 2009, karolinarossowska